czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 11

     Przed nimi roztaczały się zielone doliny oblane promieniami słońca.Lecieli, chłonąc ciepły wiatr w nozdrza.Trzeba było wrócić później za Ostre Góry, przebrnąć przez zamiecie i śnieżyce tylko po to, by się zameldować; więc rozkoszowanie się chwilą wiosny było jak najbardziej na miejscu.Góry po prawej i lewej stronie tworzyły swego rodzaju ogromne, niebieskie ściany, oddzielając dwie rzeczywistości -tą sprzed tunelu, i tą po drugiej stronie.Tak we dwoje przemierzali to wszystko.Smok i jego pani, zżyci w konsumpcji drugiej krainy.Ich umysły były wygaszone, spokojne.Jedyne na co czekali, to nowy świat, i element nieznany, nadający sens całej tej wyprawie.
     Jednakże upojne widoki przesycone perfekcją barw i efektów po jakimś czasie przestały dawać natchnienie.Znów liczyło się tylko jedno, jeden cel.Potrzebny był plan, a wymyślanie czegokolwiek w miejscu nieznanym, a to wymagało skupienia.Cudowna kraina mimo iż zachęcała do eksplorowania każdego jej kawałka, nie dała rady jej rozproszyć.Yagrit musi dotrzeć do końca, o tak.Według opowieści znajdzie tam pięćdziesięciudwóch ludzi, którzy mają w posiadaniu poły płaszcza Ramonesa.Tak się fatygować dla kawałka poszarpanej szmaty, rzekomo niezniszczalnej...Liczyła się zawartość.Ktoś, kto ją zabrał, z pewnością podążał tą samą drogą co ona teraz.Jej poślizg wynosił około godziny.
     Na ogromnym zielonym terytorium zaczęły -jakby znikąd- wyrastać rośliny.Początkowo były to małe, urocze kwiatki, potem zaś kępki wysokich traw, krzaki, aż w końcu drzewa.W momencie kiedy las był tak gęsty, że uniemożliwiał lot, wznieśli się ponad to.Posiadacze płaszcza mogli iść pieszo, może konno, a może nawet na dragonoidach?To zwykła gęstwina, nie jakiś busz, więc trzecia opcja była bardzo prawdopodobna.To tłumaczyłoby czemu jeszcze ich nie widzę.
     Tuż za lasem i szerokimi polanami zaczynał się już bardziej jałowy świat.Malownicze góry przerodziły się we wzgórza, pokryte wypłowiałą po zimie trawą, drzewa nie zdążyły ubrać się w liście, słońce przygrzewało zupełnie nieśmiało, a niebo było szarawe.Widocznie tamta dolina miała być demonstracyjnym przedsionkiem.Ku zdziwieniu Yagrit, w środku krajobrazu w pełni obrazującego naturę, wyrosły mury.Wysokie, ułożone z kamieni i zakończone blankami.Niestrzeżone, ponieważ nie widać było osób pełniących tę rolę.Z resztą, który gracz by to robił, podczas gdy ma do odkrycia tak wiele?
     Smok wylądował tuż przed bramą.Wparowanie do nieznanego miasta na smoku nie może skończyć się zbyt dobrze, zważywszy na to, że Yagrit chce się wkupić w łaski mieszkańców.Więc młody, czarny gad zasiadł na pobliskim drzewie, owijając się wokół niego i wtykając swoje łuski gdzie się dało.
     Jak na świat, który miał mieć w posiadaniu pięćdziesiątdwoje ludzi, miasto było wręcz przeludnione.Wszędzie panował ruch i gwar, porozstawiane targi kusiły oczy, a rechot mężczyzn i muzyka skrzypiec z pobliskich karczm rozweselały na samą myśl o atmosferze tych miejsc.Młodzi chłopcy oporządzali konie wędrownych i rycerzy w sporej stajni, którą czuć było z daleka.Dziewczęta plotły sobie warkocze śmiejąc się do siebie, a najmniejsze dzieci grały w klasy.Szkoda, że ci wszyscy ludzie są wstawkami systemu.Nie żywi, a tak naturalni w tym krajobrazie.Poboczne kamienice wyznaczały wszelkie drogi, oddzielając bruk od bruku.Każda zachęcała -skręć w lewo, zerknij w prawo, jeżeli pójdziesz prosto, będzie ciekawiej- zdawały się szeptać.
     Yagrit weszła do pobliskiej karczmy "Pod Złotym Niedźwiedziem".Było w niej gwarno, nad stołami przelewało się wino, bardowie grali, a gospodarz opiekał mięso na ruszcie za ladą.Na ścianach wisiały pochodnie, rozświetlając wnętrze na żółto.Po lewej stronie w kącie były schody, zapewne prowadzące do noclegowni.Zasiadła przy stole, w pewnej odległości od podchmielonych mężczyzn, którzy darli się w niebogłosy.Podeszła do niej dziewka karczemna:
-Witamy w naszej karczmie!Chciałbyś coś, drogi podróżniku? -była roześmiana, wesoła, i wyglądała przyjaźnie.Miała czarny gorsecik, długą spódnicę i zwiewną koszulę.W rękach trzymała kufel i dzban wina.
-Polej, jeśli łaska -Yagrit starała się wypaść naturalnie, tak jakby była stąd.Gdy dziewczyna zaczęła jej nalewać trunku, zza jej miodowych włosów wyjrzał diament.Zatopiony w szyi, czysty, fioletowy diament.- Jednakże nie mam pieniędzy.
-Oj, gospodarz będzie zły!Ale dla tak urodziwej dziewczyny...
     Nie dałam jej dokończyć.Odsłoniłam kawałek futrzanego płaszcza, podnosząc lekko brodę.
-Urodziwa czy nie, wstawka systemu nie będzie na mnie zła.Dlaczego się tu ukrywasz?Jesteś jednym z alf, a robisz za dziewkę karczemną.O co chodzi?
-Masz na sobie grube futro, co oznacza, że przybywasz nie z tego miasta.Skądś dalej, znacznie dalej.Tam, gdzie zamiecie tną skrzydła młodych smoków, czyż nie? -w jej wodnistych oczach mignął błysk- Jesteś więc betą.Mamy nakaz zabicia wszystkich bet.Uciekaj, póki wędrowcy się nie zorientowali. -na jej buzię znów wpełznął uśmiech, i dolała mi do kufla więcej wina.Po czym niby przypadkiem potrąciła naczynie po to, by móc mi znowu nalać.- Na imię mi Aldev.Uciekaj z Fanagardu, wróć do bramy i wejdź w Lato.Tam spotkasz dziewkę taką samą jak ja, o włosach białych jak śnieg, imieniem Sorunn.W szyi ma zielony diament.Nie wracaj do Wiosny nigdy więcej.
     Dopiła co miała, i spokojnym, powolnym krokiem udała się w drogę powrotną.Jednak miasto tak pełne wrażeń ją skusiło.Zatopiła się więc w wirze kolorów, zapachów i dźwięków.Obracała się między targami, karczmami i podwórkami.Gdy skończyła grać w klasy z najmłodszymi dzieciakami, podszedł do niej.Znajomy rudy włos, uśmiech i oczy.Na plecach banjo.
-Nie podejrzewałem, że dojdziesz aż do Fanagardu.Nie masz granic, dziewczyno.
-Zapewne jesteś bardziej obeznany niż ja w tym mieście.Pójdźmy w jakieś zaciszne miejsce, najlepiej z dala od ludzi.
     Nie było to miejsce jej marzeń, ale wierzyła, że jest zaciszne.Kamienica na końcu miasta, stara, średnio zadbana, z ogromnym napisem "Pralnia".Między nią a domem na przeciwko, tuż nad głowami roztaczały się sznury pełne prania.Powiewające na wietrze lniane rzeczy tworzyły niepowtarzalny klimat.
     Dwie osoby weszły do małej izdebki, w której siedziały trzy praczki z miskami wypełnionymi wodą, a obok nich piętrzyły się sterty rzeczy do wyprania.Żadna z nich nie podniosła głowy znad pracy.Płomyk zmierzył po starych, drewnianych schodach w górę, a Yagrit podążyła za nim.
     Pokoik był mały, ciasny, w środku było tylko łóżko i mały stolik.Natomiast widok przez jedno jedyne okno był przepiękny, wprost na morze i zachodzące słońce.
-Gri, moja Gri.Powiedz mi, czego szukasz?
-Ufam ci tak jak rude są twoje włosy, jednak to moja sprawa.Od pewnej dziewki dowiedziałam się,że jest to Fanagard.Zapewne była wstawką systemu, podobnie jak większość ludzi tutaj. -skłamała płynnie.
-Nie musisz się z niczym kryć.Powiedziała ci to miodowowłosa Aldev, nasza perełka wśród zwiadowców. -mruknął- Wracając do sprawy, witamy w Fanagardzie, mieście niezbrukanym krwią.Znajdujemy się w tej chwili pod pieczą Meredith, przekornie zwanej Lady Lord Wiosny.Zarządza wszystkimi miastami w naszej wypłowiałej porze roku.Nie znosi walk, potyczek, bójek i chaosu, ale po za tym jest uroczą osobą.
-Z tego co mówisz ty i Aldev, udało mi się rozróżnić póki co trzy warstwy alf:wędrowcy, zwiadowcy i lordowie.Jakie są pozostałe?
-Darzę cię sporą dozą zaufania, jednakże jestem krwią związany z alfa-testerami.Nie proś mnie o pokazanie całego arsenału. -zamyślił się na ułamek sekundy, ale po chwili kontynuował.- Musisz stąd wylecieć,jak najszybciej.Fanagard jest czysty, ale nie można tego powiedzieć o jego mieszkańcach.Nie kieruj się wgłąb wiosny, a raczej cofnij do bramy, przeleć przez Ostre Góry i zostań w przedsionku tego świata.Nie ma tam zbyt wiele do roboty, a bety to banda bachorów, ale posłuchaj się mnie.
     Wyszła z pralni szybkim krokiem, starając się znaleźć wyjście z miasta.Płomyk z pewnością chciał dobrze, ale nie będzie się bawił w drugiego Ramonesa.Aspiracje miał na to spore, zważywszy na hymn, który trzymał w sercu i przygrywał na instrumencie.Nie należy wszystkim ufać.
     Smok był nieporuszony.Owinięty szczelnie między grubymi gałęziami, trwał bez ruchu od świtu do zmierzchu.Oczy miał zamknięte, całe ciało rozluźnione, a głowę opartą na własnym skrzydle.Na dźwięk głosu swej pani diament na czole rozbłysnął bladoniebieskim światłem, a ślepia się zeszkliły.Ciemna masa w szybkim tempie zlewała się z drzewa, podążając w stronę Yagrit.Ta pieszczotliwie pogłaskała jego łuski na szyi, po czym zasiadła między rogami gada.
-Czas na zmianę pory roku, Burzo.Nadchodzi lato.