poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 16

     Podróż w wilgotnej, brudnej łódce, nie była zbyt wesołą perspektywą.Zwłaszcza, że musiała nią płynąć przez środek morza.Na szczęście fale nie były zbyt duże, i nic nie zwiastowało pogorszenia stanu.Dostała od laergardczyków kilka rzeczy na drogę.Koc, na którym obecnie siedziała,dwa wyszczerbione pagaje i płócienna torba wypchana prowiantem.Na jedzenie składały się dwa pęczki szczypiorku, kawałek sera, bochen chleba i parę plastrów dobrze obsmażonego boczku, jeszcze ciepłego.Do picia dostała mały bukłak z wodą.Nikt nie raczył poinformować jej o tym, jak długo będzie płynąć, więc nie tknęła niczego.Położyła się na plecach, rozkoszując delikatnym słońcem, ciepłym wiadrem i spokojnym kołysaniem fal.Wszystko wskazywało na spokojny rejs, jednak pech musiał o sobie przypomnieć.
     Na niebie zaczęły gromadzić się chmury, i po chwili zaczęło siąpić.Deszcz wzbierał z minuty na minutę, bezlitośnie kłując kroplami małą łódkę.Na zetknięciu burt z pokładem zaczęła się gromadzić woda.Obecny transport sprawiał wrażenie, że zaraz nasiąknie do cna, zmięknie i się rozpuści w morską toń.Deski przybierały co raz ciemniejszą barwę.Para marnych ławeczek była niemal czarna.
     Wtem na lichą łódź wtoczyła się postać -błękitny płaszcz przybył znikąd, tak jak deszcz.Wślizgnął się szybko i zwinnie niczym cień.Zanurzenie łodzi niebezpiecznie się powiększyło.Włosy Yagrit mimowolnie się naelektryzowały, a miecz wskoczył w dłoń automatycznie.Postać przez chwilę się nie ruszała.Nie sięgnęła po broń, nie wypowiedziała żadnego przekleństwa, nie próbowała rozhuśtać i tak już kiwającego się pokładu.
-K...kim jesteś? -z gardła Gri wyrwał się chrypliwy, niepewny głos.Nie, jeszcze raz.-Kim jesteś? -tym razem spytała pewnie, ostro, i bez wachania.
     Postać usiadła na poczerniałej ławeczce, skinęła, by dziewczyna zrobiła to samo.Dopiero potem ściągnęła kaptur.
-Muszę cię zabrać, przykro mi.
     Błyskawicznie wyciągnęła metalowy buzdygan barwy węgla, i uniosła go do góry.Wypłynęło z niego białe, porażające światło.Potem nastała ciemność.

***
    Do wybrzeży małego portu Dorfen przybiła łódka.Poczerniała, mokra, pusta.Strażnik w podstarzałym wieku, ubrany w utwardzaną skórę obszytą tanim futrem zdecydowanie się zaniepokoił.Rzucił metalową halabardę na ziemię, i co sił pobiegł przez aleję z rudymi i czerwonymi drzewami, wprost ku małemu zameczkowi w środku parku.Przedostał się przez bramę, mury, hol i korytarze, aż wpadł do sali audiencyjnej.
    Kobieta zasiadająca na małym tronie obłożonym poduszkami i atłasem wyprostowała się na jego widok.
-Czy już jest? -powiedziała melodyjnym głosem.
     Strażnik był tak zaniepokojony, że nie zdołał nic z siebie wydusić.Jedynie wskazał na port widoczny przez wysokie, kilkumetrowe okno.Jej bystre, ciemne oczy powędrowały w tamtym kierunku.Bez namysłu złapała najdłuższe krańce jedwabnej sukni, i w pośpiechu wybiegła na zewnątrz. Za sobą zostawiała odciski małych obcasów stawiane z gracją.
     Gdy stanęła na brzegu cypelka, zaczęła się nerwowo rozglądać.Białe jak mleko dłonie drżały -nie wiedzieć czy to z zimna, czy ze zdenerwowania.
-A jeżeli coś jej się stało? -rzuciła do strażnika- Głupstwo, oczywiście, że jej się coś stało! Tylko co?
-Lady Antaro, proszę...
-Wyślij kruka do Laergardu.Albo i nawet dwa, jak będzie trzeba.Napisz, że złożę Płomykowi wizytę.

***
     Obudziła się w celi więziennej.Jednak nie na śmierdzącej, brudnej słomie, a na całkiem miękkim łożu.Obok miała stolik, na którym leżały owoce, a pod nogami dywan.Gdyby nie kraty w małym oknie, przypominałoby to gościnny pokój.Pośpiesznie wstała, podbiegła do drzwi, i chwyciła za klamkę -zablokowana.Zaczęła więc walić w ogromny kawał dębowego drewna.
-Otwórzcie mi!Chcę się zobaczyć z tą dziewczyną!Halo, jest tam kto?!
     Odpowiedział niski głos mężczyzny
-Daj sobie spokój, dziewucho!
     Nikt nie będzie znieważał Burzy, która przetrwała egzekucję różowookiego kata.
     Błyskawice zaczęły wypełzać z jej ciała.Wiły się po podłodze, wdzierały w każdy możliwy kąt.No, moje dzieci, pokażcie im ile znaczy wasza siła.Drzwi zostały wysadzone z zawiasów i roztrzaskane w drzazgi.Miecz sam wślizgnął się do rąk, i rękojeść z impetem uderzyła w potylicę zdezorientowanego strażnika.Osunął się bezwładnie na ziemię z cichym jękiem.
     Dziewczyna najciszej jak mogła, pobiegła wąskim korytarzem.Tutejsze lochy musiały być rozbudowaną siecią, ponieważ długo błąkała się szukając wyjścia.Na szczęście nie ustawiono zbyt dużo strażnicy, więc nie musiała używać zbyt często rękojeści.
     Z więzieni wyprowadził ją szeroki korytarz z niebieskim dywanem i poustawianym rzędem zbroi rycerskich.Zdecydowała się iść w prawo, z daleka od gwaru po lewej stronie.By pozostać niezauważoną musiała zostawić za sobą cztery trupy, które dosłownie chwilę wcześniej strzegły ogromnych, rzeźbionych wrót.Te były zamknięte na cztery spusty, co uniemożliwiało wejście.Na szczęście pocałunek błyskawic załatwił sprawę.No proszę, moje umiejętności polepszają się.
     W środku, na samym końcu na podwyższeniu stał tron.Piękny, z jasnego drewna.W rzeczywistości był splotem gałęzi, przykrytym futrami wilka, niedźwiedzia, saren, i innych dzikich zwierząt.Nad nim wisiały trzy jelenie czaszki monstrualnych wielkości.Po za tymi rzeczami były jedynie marmurowe ściany z oknami i posadzka.Trochę skrępowana swoim pomysłem, Yagrit zasiadła na owym tronie.Długo czekać nie musiała.
     W przeciągu paru minut wrota rozwarły się, i cały garnizon strażników wbiegł z krzykiem do środka.Wszyscy mieli skierowanie włócznie w jej stronę, i byli gotowi do ataku.Za nimi wbiegła kobieta w niebieskim płaszczu.Ta sama, która ją porwała.Jej mina czyniła sytuację zabawną.Jednak mniej zabawnie zrobiło się, gdy za nią wbiegli trzej mężczyźni w zielonych zbrojach i pelerynach, ze srebrnymi mieczami w rękach.W porównaniu do włóczniarzy wyglądali znacznie groźniej.
-Strażnicy! Do...
-...ataku? -odparła Yagrit.Ryzykownie, ale może się opłacić.Podbuduję swoją reputację.- Nie radzę. -powiedziała, widząc przemykający cień Burzy przemykający obok okna salowego.- Znowu się spotykamy, kobieto w błękicie.Może teraz mi się przedstawisz? -już miała coś odpowiedzieć, ale znowu jej przerwano.- Będziesz się chować za kupą złomu, czy tu podejdziesz?
     Ludzie przepuścili ją bez oporu.
-Zwą mnie Develin. -jej oczy nabrały pewności siebie.- Deszczowy mag, z Rossefortu, letniego miasta w którym się obecnie znajdujemy.
-I dlaczego mnie porwałaś?
-Zadałaś się z magami ognia, bliskimi niejakiej Sorunn, której nie udało się ciebie zabić.Laergard to słodkie miasto, jednak zdradzieckie, jak jego mieszkańcy. -skierowała spojrzenie głębokich oczu wprost na tron.- Radziłabym zejść z miejsca, w którym siedzisz, bo właściciel może nie być zadowolony.Za taką zniewagę płaci się życiem.
-Za zniewagę mojej osoby płaci się tak samo. -Czyżbym oszalała?Zachowuję się jak ktoś przepełniony pychą i dumą.Ten świat zupełnie mnie wciągnął.- Czyje to miejsce, i jaka jest twoja rola?
-Jestem namiestniczką zamku należącego do Aelli Taurentari, pierwszą tego imienia, zwaną Leśną Królową, władającą kilkoma znaczącymi miastami w Lecie.
-Nużą mnie twoje odpowiedzi, a nadal nie rzekłaś czemuś mnie porwała. -gdy dziewczyna znów zaczęła opowieść o magach ognia.Dosyć dziewucho.- To już słyszałam.Mówże, coś mi groziło?
-O, tak, tak. -powiedziała przejęta- Jesteś jednym z magów Naneth.Trzeba chronić twoją ogromną moc.
-Skoro jest taka ogromna, to czemuś mnie ogłuszyła, porwała, i zamknęła w celi? -przekręciła się na tronie.- Tak się nie traktuje ważnych osobistości.-Co jest ze mną nie tak?Ten głos wyrywa się bez mojej zgody.- Nie wiem jak długo tu tkwisz, ale to tylko gra, nie zapominaj.
     Na dźwięk słowa "gra" rozmówczyni poruszyła się nerwowo.
-Proponuję, byśmy pomówiły na osobności.Zapraszam cię do dużej sali, gdzie zasiądziemy, dzieląc się mięsem i miodem.Potem dostaniesz własną komnatę, jako gość Rossefortu.

***
     Sala, w której zasiadły, była zupełnie inna, niż ta z tronem.Zamiast marmurowej posadzki było tu ciemne drewno, a na zimne ściany zakrywały lniane płachty.Wszędzie były porozwieszane zioła, rośliny, wianki.Pochodnie powtykane między zieleninę były pięknie rzeźbione w czarnym żelazie.Na suficie panował istny taniec świateł -na cienkich sznurach podoczepiane były kawałki szkła, które chwytały promienie słońca, i odbijały je na sklepieniu.Spomiędzy tej plątaniny wyłaniał się żyrandol, który był równie splątany.Kowale z pewnością musieli kuć go całe wieki.Między metalowymi łukami wystawała jemioła, soczyście zielona i pokaźna.Całość wyglądała jak serce magicznego lasu.
-Zasiądź proszę. -blondynka wskazała miejsce po przeciwnej stronie długiego stołu- Zaraz podadzą nam strawę.Zechciej przyjąć moją ofertę.
     Gdy Yagrit usiadła, dziewczyna zaczęła mówić.
-Gra. -zaczęła, pociągając łyk wina.- Słowo paskudne, odbierające wolność.Każda gra zniewala, obracając ludzi w pionki.To, czym teraz jesteś, niedługo zostanie zabite.-poczekała chwilę- Nie mam zamiaru pierniczyć się z kimś takim jak ty, jednakże nakazano mi cię przejąć i zatrzymać.
-Chodzę dokąd chcę.Jestem wolnym człowiekiem, jeszcze nikomu się nie zaprzysiężyłam, i nie mam zamiaru tego zrobić.Przejdźmy zatem do suchych informacji.Co masz mi do powiedzenia?
-Grasz tylko przez chwilę.To takie złudzenie, że możesz się wylogować, że masz schowek na swoje rzeczy, że masz mapę świata...nawet ta jest fałszywa.-popatrzyła się z odrazą.- Wszystko zniknie, to jest twoja nowa rzeczywistość.Witamy w średniowiecznym lecie.Jeżeli chcesz przeżyć, to z kimś współpracuj.-służka przyniosła jedzenie:różne rodzaje mięsa, miód pitny, zieleninę.- Mamy pod opieką czwórkę z dziewięciu magów Naneth, ty, o ile się zgodzisz, będziesz piąta.
-Nie dajesz mi wyboru, prawda?
-Bystre dziewczę.-drzwi gwałtownie rozwarły się i do sali wbiegł ten sam garnizon co wcześniej, zapychając ją po brzegi.
-No nie, zapraszasz mnie do jednego stołu, a potem bierzesz w niewolę? -po ogromnym oknie przewinął się cień.- Może i to średniowieczne lato, ale maniery z ery współczesnej.
     Nagle wielki huk i trzask, na posadzkę posypało się szkło.Strażnicy odsunęli włócznie od szyi Yagrit ze strachem w oczach.Za jej plecami pojawił się smok: wielki, czarny jak obsydian, szczerzący kły pokryte krwią, zapewne jakiegoś dzikiego zwierzęcia.Z jego gardła wyrwał się przeraźliwy pisk i skrzek.
-Muszę przyznać, że magowie ognia są znacznie milsi.-powiedziała, wsiadając na zwierzę.- Może następnym razem skosztuję waszego jadła.I mam dla ciebie radę na przyszłość, śliczniutka -zwróciła się ku Develin- Jeżeli chcesz kogoś pozyskać, okazuj mu miłość i szacunek, bo inaczej może uciec na czarnym smoku.
     I wzbiła się w powietrze, zostawiając za sobą tumany kurzu z odłamkami szklanymi.

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział 15

-A co gdyby tak to rzucić w cholerę?
     We trójkę leżeli na dachu stajni wygrzewając się w słońcu.Halla zasnęła znużona pracą, a Aries był bliski tego samego.
-Dlaczego chcesz się zabić zanim prawdziwa gra się zaczęła?. -powiedział zaspanym głosem.- Tutaj czeka cię życie wieczne, o ile nie dasz się zabić.
-Pewnie znajdziesz jakiegoś kawalera, urodzisz dzieci, a potem zostaniesz starą, pomarszczoną staruchą.
     Obudzona już kowalka siedziała z twarzą w stronę słońca, trzymając się za kolana.Po chwili zaśmiała się.
-To, co powiedziałam, było kompletnie bez sensu.Za niecały miesiąc system będzie pracował na najwyższych obrotach, a zewsząd będą przybywać nowi gracze napędzając grę.Każdy z nich dosiądzie smoka lub dragonoida, z bronią na plecach.Ich brody będą uniesione pod niebiosa, krew będzie się przelewać i zaczną się bogacić.-powiedziała- Wydawać by się mogło, że...
     Posypały się iskry, żelazo i stal się skrzyżowały.Halla skoczyła na nogi zwinnie jak kotka, zakręciła młotem, i miarowo zaczęła tłuc w długi miecz.Tańczyła wokół przeciwnika, wybijając rytm na jego własnej broni.Gdy napastnik miał runąć z dachu, złapała go za ubrania i przerzuciła tuż obok zdziwionej Yagrit.
-Płomyk?
     Dwa rudzielce patrzyły sobie w oczy głośno śmiejąc się.
-No, zgredzie, ani trochę ci się nie polepszyło.
-Na to wygląda, Hallo.
     Podniósł się z kolan, otrzepując z kurzu.Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie.
-Sorunn wysyła zwiady za burzową dziewczyną.Jesteś na ustach każdego mieszkańca, Gri.Radziłbym uciekać z Lata.Najlepiej drogą morską, nie portalem w Ostrych Górach, bo ten jest strzeżony.Już ci załatwiłem łódź...Co do smoka, gdziekolwiek będziesz, i tak przyleci.Nadal wiernie owija się wokół drzewa przy bramie.
-Jadę z nią.
     Płomyka widocznie to nie zdziwiło.
-Jak zwykle, szlachetny i mężny Aries.Cały on.-przewrócił oczami.- Nie zapominaj, kochasiu, że jesteś jednym z pomocników Heriana, który ma znacznie ważniejszą misję niż łażenie za panienkami.Nie jesteś bardzo ważny, ale jednak znaczący.- Szatyna widocznie to rozgniewało, ponieważ wydobył miecz.- O zgrozo, nie na dachu cudzej kamienicy.Jesteś żałosny.Wystawiasz się na działanie silniejszego ognia od własnego.
     Teraz rudy patrzył na niego z wyraźną pogardą.Splunął z odrazą pod jego nogi.Po Ariesie przeszedł dreszcz wnerwienia, a usta wykrzywiły się w niebezpieczny uśmiech.Ręce obojga zapłonęły żywym ogniem, a żyły w ich ciałach zaświeciły się na pomarańczowo.
     Pierwszy zaatakował szatyn.Tworząc żarzący się miecz w dłoniach, rzucił się do ataku.Przeciwnik sparował cios płonącym ostrzem, i zaraz przystąpił do ofensywy.
-Dosyć. -krzyknęła Halla.Rosła i silna kobieta grubymi splotami ognia przybliżyła obu mężczyzn do siebie, tak, by byli twarzą w twarz.-Jesteśmy magami ognia, musimy się trzymać razem, do cholery! -dwoma uderzeniami swojego kowalskiego młota posłała obu na krańce dachu, niszcząc dachówki.- Jeszcze jedna taka akcja, a posiekam was żywym ogniem!
     Magowie zrozumieli to dokładnie, ponieważ żaden z nich w drodze do łodzi nie pisnęli słowem.Port, w którym stała, był chyba najbardziej zapyziały na całym wybrzeżu.Pomost falował i zapadał się z każdym krokiem, pobliski rynsztok stanowił górę śmieci, a pale do cumowania były zarośnięte glonami różnej maści.A łodzie, statki?Była tam tylko jedna, mała łódź, a raczej łódka.Rozlatywała się, deski były niezgrabnie poprzybijane, wiosła wyglądały na obgryzione przez rekiny, lub inne morskie stworzenia;słowem -ruina.
-Wysoko mierzysz, kolego.-powiedziała Halla, z litością patrząc się na Płomyka, a potem na Yagrit.- To ma być morski transport?
-Jakoś dam radę -popatrzyła z litością- Ściślej, gdzie mam płynąć?
-Ten marny zbitek desek popłynie do Jesieni.Przybijesz do portu Dorfen, małego, skromnego, pod wodzą naszej koleżanki, Antary. -Płomyk zrobił zachęcający gest w kierunku łodzi- Jest ona mało znaczącą lady zamku Dorstle.No, Gri, komu w drogę temu czas.Niedługo znowu się spotkamy.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Rozdział 14

     Ciężkie, czarne ubrania zmieniła na zwiewne, białe ciuchy z drobnymi, złotymi paskami.Staruszka musiała sporo pracować w swoim małym butiku, bo miała nienaganne wyczucie stylu -wtapiające się w Laergard.Spalone pasemka włosów odcięła, a brunatną szopę spięła w gruby warkocz.
     Siedzieli na stromym dachu kamieniczki niedaleko od placu.Było jasno, wiał ciepły wiatr, na ulicach toczyło się codzienne życie.Panienki gaworzyły głośno, dzieciaki zza rogu grały w gry, starsi chłopcy przewozili siano, owies, pszenicę i żyto na drewnianych wozach.W karczmach jak zwykle hałas i przelewające się wino, a na zewnątrz podchmieleni panowie wyzywający się na pojedynek.Wszystko się zlewało, każda sytuacja pasowała do siebie jak ulał, było spokojnie i sielsko...Świat każdego idealisty.
-Więc...więc... -próbował zacząć rozmowę Aries- Może na sam początek...Jak wiesz, Sorunn chciała cię zabić.Taki nakaz, wymyślony przez nią samą.Stworzyła formułę i nadała sobie jako czar, którego może używać tylko ona.Nie wiem, jak do tego doszła.Zapewne kontaktowała się z Ramonesem...Nie wiem, naprawdę...Wracając do sprawy -miało to zniszczyć twój avatar, tak, abyś tu nigdy nie wróciła.Bo mogłabyś tu zostać na zawsze...
-Tak, mam tego świadomość.Zabiliby moje ciało, a ja bym tu została jako element gry.To kwestia czasu.
     Chłopak nerwowo przełknął ślinę.
-Ale żyjesz, widzisz, żyjesz.Coś poszło nie tak.Nie wiem, czy mnie rozumiesz... -jego oczy miały w sobie litość i współczucie, i błagały, by Yagrit cokolwiek powiedziała.Rosły chłopak, a ma taki problem z wypowiedzeniem się do końca...Ale w końcu zrozumiała.
     Nie chodziło o jej życie, o to, że miała mieć rodzinę, pracę, że miała się rozwijać.Łzy wielkie jak grochy spływały po jej policzku, wyprowadzając tęsknotę i ból z jej wnętrza.Już nigdy nie ujrzy mamy ani siostry.To i tak miało nastąpić, ale za dwa miesiące.Było tyle czasu, a Sorunn go odebrała.
     Zaczęła unosić się w górę.Powietrze wokół niej zaczęło się elektryzować i niebezpiecznie zagęszczać.Gdy palce stóp ledwie dotykały dachówek, wyglądała zupełnie inaczej.Czarne ciuchy znów się na nią wdarły, a trzewiki samoistnie zacisnęły wokół łydki.Po rozpuszczonych włosach skakały iskry.W duszy gniew i pustka stłumiły wszelkie uczucia.Z jej ust wyrwały się tylko trzy słowa przepełnione goryczą:
-Gdzie jest Sorunn?
     W porę jednak Aries sprowadził ją na ziemię, używając sporo siły.Teraz trzymał nieszczęsną Yagrit w objęciach.Ta nie odwzajemniła uścisku, a pusto wpatrywała się w dal.
-Nie przejmuj się dziewczyno.Zachowaj siły na później.Obiecuję ci, obiecuję...-teraz miał ścisk w gardle.- Obiecuję, że zadbam o to, byś ją zabiła.

*
     Resztę wczorajszego dnia przepiła w karczmie.Ponoć poznała parę osób, ale rano w pamięci zastała dziurę.Definitywnie potrzeba odpoczynku, snu, a przede wszystkim świata zewnętrznego.Pięknej Anglii, Londynu, klimatycznej dzielnicy Camden, w której mieszkała.Big Bena, widoku na Buckingham Palace, dnia św.Patryka...Wszystko to przywołało wspomnienia.
     Drewniana ława nie była zbyt wygodna, a co dopiero kamienna podłoga, na której spała pół nocy, dopóki Aries jej nie przeniósł do górnego pokoju.Oczy zapewne miała czerwone od płaczu, i nos jak pijak, ale rozpacz wygrywała z każdą myślą o ogarnięciu się.
-Yagrit, wiem, co przechodzisz.Każdy z nas tak miał.Powinno ci przejść mniej więcej po tygodniu...
-Faceci są beznadziejni. -odpowiedziała, i obróciła się na drugi bok.- Nie rozumiesz.Spłycasz sprawę.To, że rozpacz minie, nigdy nie zabije we mnie pierwiastka świata zewnętrznego...To...
     W pół zdania wdarł się płacz, przerywając rozmowę.
-Przyniosłem ci trochę specyfików od mojej przyjaciółki.Trzymaj się.Przyjdę tu za parę godzin.
     O mały stolik stuknęły buteleczki, potem tylko trzask drzwi i cisza.Postanowiła wypić zawartość każdego naczynia.Może jej to coś da, może nie.Trudno -co nie zabije to wzmocni.
     Na pierwszy żywioł poszła fiolka z fioletowym płynem, który smakował słodko, aczkolwiek był lepki i nieprzyjemny.Potem szklana, prosta butelka z pomarańczowymi oparami w środku.To się wdycha, połyka, czy co?W oczy piekło, połknąć się nie dało, w nosie kręciło, więc pozostała tylko skóra.Yagrit skierowała naczynie przed twarz, poziomo.Opary jak żywe zwierzę wyleciały, owinęły twarz i ulotniły się, zostawiając po sobie miłe uczucie odprężenia.Zawartość trzeciej butelki to była zwykła woda aloesowa, która nadrabiała braki w witaminach i była przyjemna w smaku.Czwarta substancja była niezwykle dziwna -miała konsystencję smoły, ale mieniła się kolorami tęczy.Wlana do ust, spływała lekko jak woda.Z pozoru niegroźna ciecz, jednakże okazała się niebezpieczna.Omamiła mózg, w miejsce rozpaczy wprowadzając szczęście i spokój, i wymazała przykre wspomnienia.
     Yagrit zadowolona życiem, z uśmiechem na twarzy wyszła z pomieszczenia.
-Wiedziałem, że długo nie wytrzymasz. -Aries stał ucieszony tuż pod drzwiami.- Chodźmy, muszę cię zapoznać z twoim wybawicielem.
     Było już późne popołudnie, ciepłe i miłe ciału.Rozmawiając o Laergardzie szli razem między kamieniczkami, przez plac, minęli targowisko, kawałek plaży,sporo karczm.Aż w końcu dotarli na miejsce.Przed nimi stała z pozoru zapyziała kuźnia, a obok niej stajnia.Wszędzie pajęczyny, nieudolnie doklejone kamienie na ścianach, słoma witała już od progu, a widły i miotły bezwstydnie zawalały wejście.
     W środku było duszno, panował skwar i chaos.Rozgrzany miech sapał przy palenisku, na kowadle stygły podkowy, z wiader wypełnionych wodą unosiła się para wodna, tworząc obłoki przesłaniające widok.Po podłodze walały się kawałki żelaza i drewna.Na jednej ze ścian w idealnym stanie wisiały masywne młoty, mniejsze i większe kleszcze, spory pilnik i przecinak.Obok glinianego pieca stał dzban z oliwą.Jednakże nie było widać żywej duszy.
-Hej, Halla! Jesteś tu? -zawołał Aries.
-Jestem, jestem! -odpowiedział damski głos przepełniony entuzjazmem.- Jak się ma twoja koleżanka?Jak jej tam...Yagret,Greta,Yarita?
-Blisko.Nazywam się Yagrit, wybawicielko.
     Zza kłębów dymu wyszła wysoka postać.Wyglądała dosyć osobliwie.Ruda, kręcona szopa na głowie, oliwkowa skóra umazana węglem, wysportowane ciało, na twarzy szeroki uśmiech.Ubrana była w zamszowo-skórzaną spódniczkę z przecięciami na udach, top z takiego samego materiału, również przecięty po bokach.Przy pasku z okrągłymi ćwiekami miała przytroczony średniej wielkości młot, a na rękach ogromne kowalskie rękawice.Sprawiała wrażenie osoby miłej i optymistycznej.
-Wybaczcie, że musieliście czekać, ale przetapiałam srebro na podkowy.-powiedziała po chwili- I wybaczcie mi tą nieuprzejmość, ale znów musicie poczekać, ale mam pilne zamówienie, i muszę je wykonać jeszcze dzisiaj.Zasiądźcie przy stole.Ah, zaraz to odczepię.
     Podeszła do dużego, dębowego stołu, i jednym uderzeniem w korbkę ściągnęła ciężkie, metalowe imadło.Tym gestem zadziwiła Yagrit do granic możliwości.Zachichotała cicho, i zabrała się do pracy.
     Wzięła podkowy z kowadła, i jedną po drugiej zanurzała w misce ze srebrem, czekała chwilę i wkładała do wody.Po drodze wprawiała miech w ruch, wrzucała nowe kawałki żelaza do paleniska, przekuwała coś na kowadle, dolewała oliwy do ognia i robiła jeszcze tysiąc innych rzeczy.Halla to naprawdę obrotna osoba.
-Chodźcie za mną. -powiedziała, i skierowała się za najbliższe drzwi.
     Było to przejście do stajni.Zupełnie innej, niż wnętrze kuźni.W środku było czysto i schludnie.Okna były umyte, siano w rogu spakowane w kostki, pasze w zawiązanych workach, uprzęże lśniące i równo powieszone.Powietrze było lekkie i przyjemne.Po lewej stronie były cztery boksy wykonane z jasnego drewna z żelaznymi zdobieniami, a każdy z nich zadbany i przestronny.
     Halla podeszła do pierwszego z nich, i wyprowadziła pięknego, śnieżnobiałego rumaka z niebotycznie długą grzywą i ogonem.Z kieszeni wyjęła jedną z posrebrzanych podków, i przyłożyła do przedniego kopyta.Z uznaniem pokiwała głową.
-Poznajcie Irimę, moją stałą klientkę.Jest dosyć kapryśna i zachowuje się jak księżniczka, ale nie da się jej nie lubić.Jej właścicielką jest Meredith, Lady Lord Wiosny.Nie mam pojęcia, dlaczego taka osobistość wybrała moją malutką kuźnię, ale jestem szczęśliwa z tego powodu.-powiedziała zadowolona- Zaraz będę kuć konia, i potrzebuję spokoju.Stajenka nie jest zbyt duża, ale możecie się rozejrzeć.
-Yagrit, pójdę do kuźni, nie będę się tu pałętać.Rozejrzyj się i wróć w razie czego. -rzucił Aries.
     Zgodnie ze wskazaniami przeszła się po stajni.Na drzwiach drugiego boksu powieszone były żelazne literki:ARTE, które zapewne oznaczały imię konia.W środku a i owszem, był koń -lub raczej przerośnięty kuc.Brązowe oczy wyglądały przyjaźnie spod czarnej, równo przyciętej grzywki.Na widok dziewczyny gniadosz zarżał cicho i delikatnie, poruszając chrapami, po czym przeniósł uwagę na porcję owsa w żłobie.W trzecim boksie znajdował się ogromny, kary koń.Nerwowo chodził w tę i wewtę, zamiatając ogonem.Po chwili z jego pyska wyrwał się głośny, jakby zniecierpliwiony dźwięk, który można było bardziej nazwać rykiem niż rżeniem.
-Cicho, Bruyant, już dostałeś żarcie! -krzyknęła Halla, i koń cicho zaszył się w kąt.
     W ostatnim boksie znajdowała się piękna, siwa jabłkowita klaczka z czekoladowym źrebakiem.Była proporcjonalna, nie za duża nie za mała, miała nieprzyciętą grzywę i ogon, a na nogach skarpetki sięgające aż nadgarstków.Jej dziecię natomiast było kasztanowate, z dużą głową i kończynami.Próbowało nieudolnie fikać, kończąc z rozjechanymi nogami na podłożu.Na boksie widniał napis "Alliè", a pod spodem dopisany węglem "Avertir".Te imiona brzmiały tak...
-Jeżeli pytasz, jestem francuzką. -powiedziała kowalka, która skończyła już swoją robotę.- Tkwię tu od bardzo dawna, ale nie zapominam o tym, kim jestem.A ty?

środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 13

     Aries rzucił się na nią z mieczem.Był w zbroi ze skórzanych łusek i miał dwa pasy przecinające talię w pół, na których wisiały sztylety.Zewsząd okalały go płomienie, które wdarły się do jego oczu i na ostrze.Ze spokojnego szatyna przerodził się w istną bestię, gotową zabić kata.
     Różowe oczy spojrzały na niego z pogardą, opalona ręka zamachnęła kosturem, i chłopak został unicestwiony.Przygnieciony do kostki brukowej, napinał wszystkie mięśnie usiłując wstać.Ogień wirował, przybierał barwę szkarłatu, tańczył wokół laergardczyka, ale nie był w stanie sprawić, by ten się podniósł.
     Ten widok przyprawił Yagrit o złość -pełną, czystą, nienawistną.Poczuła coś, czego nigdy wcześniej nie doznała.Jej ciało wypełniała niespożytkowana energia, dotąd nieznana.Linki spinające włosy w kitkę nie wytrzymały napięcia, i pękły, a spętane dotąd włosy spłynęły po plecach i ramionach.W oczach była iskra wściekłości, która napędzała cały mechanizm.Ból w głowie narastał, powoli zajmując miejsce tego silnego uczucia.Krew w żyłach pulsowała, serce biło coraz szybciej.Białowłosa skierowała kostur w jej stronę.Czy to koniec?Z pewnością nie.Różowe światło wypłynęło z dębowego drewna, i przeszyło ją na wskroś.Wokół było pełno dymu, delikatnego, białego, zupełnie niewinnego.Sorunn odwróciła się w stronę ludu.
-I tak oto wyrok został spełniony.Nie żyje Yagrit, beta testerka, która siłą wtargnęła do naszego świata, i zniszczyła porządek.Już nie powróci.To czar zabijający avatar, którym jesteśmy.Na zawsze.
     Tłum zaczął się odwracać, by odejść w swoją stronę.Takie egzekucje widocznie nikogo nie dziwiły.Aries stał bezradny.Ileż to razy widział testy śmierci na wstawkach systemu?Ileż razy go to nie bolało?Poszedł głębiej i nagle stało się coś, czego pani oficer z pewnością się nie spodziewała.
     Naraz po cząsteczkach dymu zaczęły skakać iskry.Białe, żółte, duże i mniejsze.Stopniowo przeradzały się one w pioruny i błyskawice.Z tego motłochu zaczęła się podnosić postać -chuda, ubrana w czarną pelerynę, z lśniącym mieczem w ręku i rozwianymi włosami.Po placu zaczął się roznosić delikatny a zarazem złowieszczy śmiech.Sorunn odwróciła się, i wytrzeszczyła oczy.
-Tak, oto ja, Yagrit Alagos, zrodzona na nowo. -jej oczy niosły ogromny ładunek wściekłości- Niech zlękną się ci, którzy uwierzyli w moją śmierć.Niech umrze ta, która myślała, że mnie zabije.

*
-Szybko, masaż serca!Tlen, dajcie mi tlen! -krzyczał lekarz- Tracimy ją, teraz!
     Personel uwijał się najszybciej jak mógł, wszyscy zostali postawieni w stan najwyższej gotowości.Ale jej już nie było.Trafiła do świata, dla którego się urodziła.Jest już cząstką tamtej rzeczywistości, elementem gry.
     Po chwili nikt już nic nie robił.Aparatura została odpięta, a pielęgniarki ze smętnymi minami kręciły się po sali.Lekarz nakrył ciało prześcieradłem.Anna Bracken została wymazana z rzeczywistości.Nikt nie ujrzy już numeru piątego.

*
     Patrzyła się w sufit oświetlony blaskiem księżyca, który wdzierał się przez okno.W głowie pulsowała krew, ciało było nieruchome z bólu, a usta spierzchnięte i łaknące wody.Z wczorajszego dnia pamiętała tylko spięcia elektryczne, szał i różowookiego kata.Nie była w stanie dalej myśleć, bo dopadł ją sen.
     Gdy obudziła się ponownie, było zupełnie jasno.Promyki słońca wlewały się przez okno, oświetlając pokój.Życie Laergardu rozwinęło się na dobre -na ulicach głośno terkotały wozy, słychać było stukot kopyt,śmiechy i grę na skrzypcach.Nie było słychać szumu fal, bo ten był zbyt słaby, żeby się przedrzeć przez odgłosy miasta.
     Ból ciała minął prawie zupełnie, więc wstała z łóżka.Rozejrzała się dokładnie oceniając sytuację -małe pomieszczenie z masą roślin, jednym łóżkiem i dopalającym się kadzidełkiem o zapachu lawendy.Jak na górne piętro karczmy było tu zbyt cicho, więc musiał to być czyjś dom.
     Zeszła na dół po wąskich schodach ze szklanych kafelków, mijając trzy niewielkie okienka z widokiem na morze.Poręcz, której się trzymała była pokryta srebrem, lub czymś podobnym.Do końca drogi zostały jej zaledwie trzy stopnie, i spore lustro na ścianie.A w lustrze zupełnie niepodobna dziewczyna...brunatne, dwa razy dłuższe włosy poprzetykane spalonymi, czarnymi pasmami, aksamitny płaszcz o kolorze kruka, taka sama suknia pod spodem i wysokie do kolan wiązane trzewiki na niewielkim obcasie.
     Za zakrętem kończącym schody ukazał się salon.A raczej salonik, mały i klimatyczny, połączony z kuchnią pełną syczących garnków i czajników.Na ścianach była biała tapeta w szare wzorki, i -tak jak poprzednio w pokoju- wszędzie porozwieszane kwiaty.Coś jej to przypominało.
-Kochaneczko, już wstałaś! Mówże, jak się czujesz? Czegoś ci trzeba? -to staruszka z butiku przy placu.- Zapomniałabym! Przyniósł cię tutaj ten uroczy chłopak -powiedziała, wskazując na kanapę.- Wspominał coś o tym, że mam go obudzić gdy wstaniesz, ale jak go sen wczoraj zmorzył tak śpi, niechaj więc sobie śpi!
-Dziękuję pani bardzo, czuję się całkiem dobrze, niczego mi nie trzeba.No, może tylko innych ciuchów. -popatrzyła po sobie litościwie- I wyjaśnienia, co wczoraj zaszło.
-Ugotowałam ci zupę rybną, siadaj i jedz! Myślę, że wszystko ci wyjaśni ten młodzieniec, o ile kiedyś wstanie. -na chwilę zamyśliła się- To chyba nietaktowne, ale w takim wypadku możesz go obudzić.Ciuchy zaraz naszykuję, nie bój się nic.Tymczasem zrzuć ten płaszcz.
     Yagrit podeszła od tyłu kanapy, i spojrzała na szatyna.Spał snem spokojnym, głębokim.Wśród miękkich poduszek wyglądał...słodko?To tylko chłopak, który się bił na placu, powiedział mi komplement, i zaniósł tutaj.Tylko tyle.Pochyliła się by go obudzić, przy okazji okrywając go częścią płaszcza, który miała na sobie.Zanim wypowiedziała jakiekolwiek słowo, chłopak błyskawicznie otworzył oczy i podniósł się równie szybko, ciągnąc poły wraz z dziewczyną w swoją stronę.
     Teraz leżała na nim ze zszokowaną miną i wypiekami na twarzy.Jego policzki stały się równie czerwone.Oboje mieli wytrzeszczone oczy i byli zaskoczeni.
-Zawsze tak wstajesz, Aries? -Yagrit starała się obrócić sytuację w żart.W oddali słychać było bezlitosny chichot starszej pani.Płaszcz zawinął się tak niefortunnie, że gdy dziewczyna chciała wstać, spadła na ziemię.W porę złapał ją szatyn -gdyby nie on, miałaby rozwaloną głowę o kant szklanej ławy.
-Chyba wstawanie idzie mi lepiej, niż tobie schodzenie z kanapy. -odpowiedział.Ich twarze płonęły, nieudolnie uśmiechając się.Sytuację uratowała staruszka.
-Zupa na stole!Chodźcie już, bo wystygnie!Przy okazji wyjaśnicie sobie wszystko.
    Gdy Yagrit szła w stronę stołu, o jej nogę coś się otarło.Nie był to kot ani pies, ale...smok?! Pisnęła cicho.Mimo, iż uwielbiała smoki, to do tej pory widziała same duże okazy.Ten tutaj był wyjątkowo mały, więc było to czymś odmiennym.Po chwili gad wzbił się w powietrze, siadając na jej ramieniu.
-Ooo, widzę, że zapoznałaś się już z Dendrytem! To uroczy smoczek, obecnie przebywa u mnie.Chowam go przed władzami alfa testerów.Pochodzi z nielegalnej hodowli mojej córki, Any.W zamian za to ona przechowuje mojego smoka.Bo musisz wiedzieć, że mój Helimerion jest zbyt duży, żeby mieszkać w kamienicy przy placu głównym...
     Staruszka rozpoczęła swój wywód, i skończyła wraz z ostatnią łyżką zupy.W gruncie czego Aries nie zdołał niczego wytłumaczyć, więc wszystko zostało tak samo skomplikowane jak w chwili, kiedy Yagrit wstała z łóżka.Po posiłku wszyscy podziękowali i pozmywali naczynia.
-Tereso, dziękujemy za jedzenie.Zupa pyszna jak zawsze.A teraz pozwól, że wyjdziemy z...ekhm...z twojego domu. -powiedział szatyn, i jakby nigdy nic podszedł do okna.
-Chłopcze, gdzie twoje maniery!Dama nie wyjdzie oknem przecież.
-Ty także zapomniałaś o manierach, nie przedstawiając się. -skwitował chłopak.
-Spokojnie, do damy mi raczej daleko -podeszła do okna- Ale dziękuję za obiad.Ciuchy sama wykombinuję, już wystarczająco dużo dla mnie pani zrobiła.
-Kochaneczko, masz już je w swoich itemach.Ta gra to nie życie, ale też ma swoje plusy. -puściła oko, a zza jej bordowej kamizelki wyjrzał równie bordowy diament.

Rozdział 12

     Lato było zupełnie inne.Co prawda wejście zaczynało się tak samo jak Wiosna, ale utrzymywało ten stan aż po brzegi lazurowego morza.Wyglądało na to, że struktura pór roku jest identyczna, tylko ma inną otoczkę.W Lecie bowiem znajdowało się ogromne miasto porośnięte zielenią, z bialutkimi kamieniczkami i kostką brukową.Targi i stragany nie były upchane na brzegach wąskich ulic, za to miały swoje miejsce na drugim poziomie grodu.Mieszkańcy miasta różnili się znacznie od wiosennych wstawek systemu.Każdy tutaj był chodzącą paletą barw -przed oczami przewijały się szafiry, burgundy, błękity- w Wiośnie natomiast przeważał wyblakły róż, fiolet i brąz, z nutką brudnej bieli.Wszystko tutaj sprawiało wrażenie porządku i spokoju.
     Słońce grzało mocno, więc jej zimowe ciuchy na niewiele się zdały.Zrzuciła przegrzane futro, a cholewy kozaków wywinęła najmocniej jak się dało.Włosy spięła w wysoki kucyk, mimo to spływały one falami po ramionach i plecach, ogrzewając ją niemiłosiernie, a odkryty, bladoniebieski diament połyskiwał na jej szyi zupełnie bezwstydnie.
     Wrażenie ogólnego spokoju w mieście zniknęło za rogiem, w przejściu na plac główny.W samym jego centrum potyczkowało się dwóch chłopaków -jeden blondyn, drugi szatyn z zarostem.Pierwszy był nieznacznie młodszy i niższy, za to o wiele zwinniejszy, natomiast drugi posiadał więcej masy mięśniowej.
-Odetnę ci ten zakuty łeb, Ariesie! -krzyknął chłopak.Tarli mieczami niezbyt agresywnie, za to efektownie.
-Chciałbym to widzieć, drogi Herianie! -odparł szatyn.Ostrza skrzyżowały się tym razem tak silnie, że stali twarzą w twarz, wykrzywiając się w uśmiechu.Blondyn odskoczył, po czym ciął go w bok, ale silne ramię sparowało cios.Przypominało to zabawę w kotka i myszkę.Młodszy chłopak skakał tu i tam, zataczał kręgi, a straszy z nich prawie nie zmieniał położenia, jednak starał się za nim nadążyć.
-Psst, kochaneczko, chodź no tu do mnie!
     Miła starsza pani wyjrzała zza jej ramienia, szeroko się uśmiechając.Yagrit wzdrygnęła się na ten widok.
-Na pewno jest ci gorąco w tym co nosisz.Zajrzyj no do mojego sklepu, coś ci wynajdziemy!
-Dziękuję, jednakże nie mam pieniędzy. -odparła zmartwiona dziewczyna.
-Grzechem byłoby się nie zlitować! Zapraszam do mnie, to tu za rogiem!
     Faktycznie, nie kłamała.To było coś na rodzaj tutejszego butiku.Nie był zbyt duży, za to pięknie urządzony.Sprawiał wrażenie serca natury, bowiem wszystkie ściany okalał wieniec zieleni.Pod ścianą znajdowała się kanapa, mały stolik i krzesełko.Naprzeciwko były dwie metalowe ścianki, mające służyć za przebieralnię.Staruszka kazała jej wejść pomiędzy nie, i cierpliwie czekać.Kobieta najwidoczniej miała dobre wyczucie stylu, ponieważ wybrała dla Yagrit białą, zwiewną sukienkę z bladoniebieskim paskiem w talii i wiązane sandały w takich samych kolorach.Na koniec zupełnie bez proszenia nałożyła oliwę na jej włosy, by lśniły i wyglądały zdrowo.
-Ja nie wiem, naprawdę, jak mam pani dziękować -pokłoniła się w geście wdzięczności.- Jeżeli kiedykolwiek potrzebowałaby pani pomocy, zwą mnie Yagrit. -staruszka rozchichotała się tylko, i bąknęła, że nie ma problemu i że to przyjemność.
     Walka na placu widocznie się skończyła, ponieważ tłum gapiów się rozszedł zostawiając obu panów na środku.Oboje opierali się o miecze, dyszeli i śmiali się do siebie.Szatyn miał duże rozcięcie na plecach i był bez koszuli, a zza ubrania blondyna wyglądała seria krótkich, ale agresywnych cięć.
     Musiała wyglądać dziwnie, patrząc się na nich w osłupieniu, ponieważ mężczyźni zaczęli również na nią spoglądać.Uznała, że w tym momencie odejście byłoby dosyć nieeleganckie, ale spanikowała pod spojrzeniem zielonych oczu szatyna i udała się na lewo, wprost w stronę morza.Na początku starała się zachować spokój, ale po chwili zaczęła biec, wciskając się między ludzi.Gdy już miała przeskoczyć krawężnik łączący miasto z plażą, ktoś złapał ją za ramię.Zamiast patrzeć pod nogi obróciła się...i potknęła.Już miała upaść prosto w piach, kiedy ktoś przytulił ją do siebie, i bezpiecznie przeturlał prawie do połowy plaży.
     Gdy otworzyła oczy nie zobaczyła kamyków, muszelek, czy fal morza, ale ciało.Opalone, lśniące, należące do mężczyzny.Trzymała dłonie na jego klatce piersiowej, ale bała się spojrzeć mu w oczy.Oblała się rumieńcem, i czekała na pierwszy ruch.
     Szatyn podniósł ją na tyle, żeby mogła usiąść, i oprzeć się o piach.Podniosła wzrok, i to były one -piękne, zielone oczy.Była oszołomiona tym co zaszło.Jej długie włosy oplatały się wokół szyi, niczym pętla uniemożliwiająca mówienie.Niezręczny moment przerwał krzyk blondyna.
-Hej, Aries, nie podrywaj wstawek, dobrze? -zaśmiał się.- Cokolwiek zrobisz, ona i tak tego nie zapamięta, a i nic ci z tego nie przyjdzie.
-To najpiękniejszy urok Laergardu jaki w życiu widziałem. -odparł chłopak, podnosząc się z piachu.
-Nie praw jej komplementów, to ci nic nie da.Zrozum to wreszcie.
     Odzyskała głos dopiero gdy obaj stali do niej plecami z zamiarem odejścia.
-Nie jestem wstawką systemu. -powiedziała, odwijając włosy z szyi.- Proszę, macie dowód.Nazywam się Yagrit, i szukam osoby o imieniu Sorunn.
     Na kark szatyna wdarła się czerwień, więc z pewnością to samo zdarzyło się na twarzy.Odwrócił się tylko blondyn, ze zmieszaną miną.
-Dobrze, zaprowadzimy cię tam.Czegokolwiek potrzebujesz, możesz liczyć na rdzennych Laergardczyków.Laer nigdy nie zostawi nikogo w potrzebie.

*
     Karczma była identyczna jak w Wiośnie.Te same stoły, ławy, lada i ruszt, jednak to miejsce było znacznie większe, a w środku panował jeszcze większy gwar i ruch.Pierwszy wszedł Herian, drugi Aries, a na samym końcu Yagrit -Sorunn, trzy zimne wina proszę!- krzyknął szatyn.Widocznie był rozpoznawalny, ponieważ znajomi z diamentami w szyjach poklepywali go i witali wesoło.Jeden z nich, o włosach koloru miedzi zauważył jego nową towarzyszkę, i z uznaniem zagwizdał.
-No no, Aries, ładna wstawka! -zaczął do siebie przyciągać Yagrit- Gdzie taką zna....
     Sztylet wylądował tuż przed nosem zuchwałego chłopaka.
-Ona nie jest wstawką.Patrz, ślepcu, ma diament w szyi.Nie radzę ci jej dotykać.
     Miedziak chyba zrozumiał przekaz, bo uniósł ręce w geście poddania się, i przeniósł wzrok na kielich wina, który podała mu białowłosa dziewka.
-Przepraszamy cię za niego.Zechciej dołączyć do naszych skromnych biesiad. -powiedziała do niej.- Z jakiego oddziału jesteś?Nigdy cię tu nie widziałam.
-Właśnie o tym musimy pomówić.My we dwie, sam na sam.
     Dziewczyna była mocno zbita z tropu, ale odłożyła tacę, zdjęła fartuch i skierowała się w górę po schodach, zachęcając Yagrit by zrobiła to samo.Weszły do małego pokoju zawalonego gratami różnej maści.Wszędzie piętrzyły się stosy kartek, a jedynym wolnym miejscem była sterta poduszek.
-Nie bardzo rozumiem, co się dzieje, ale mów o co chodzi.Jak cię zwą?
-Yagrit.Przysłała mnie Aldev. -na dźwięk tego imienia Sorunn rozpogodziła się.
-Oh, czyżbyś była zgubą?Jakąś zagubioną alfą?Zaraz wszystko zapiszę...
-Nie potrzeba.Ta historia...jest zupełnie inna.Nie wiem, komu ufać a komu nie, ale zostałam tu odesłana, więc opowiem wszystko.
     Od słowa do słowa -najpierw przez trafienie do Świata Smoków, przez przecięcie płaszcza i uśmiercenie Ramonesa, Fanagard, aż do Laergardu- wyraz twarzy białowłosej przybierał coraz ciemniejsze barwy.Gdy opowieść dobiegła końca, dotychczas szare oczy przybrały kolor granitu, a w nich skrzyła się iskra niezadowolenia.Włosy spadające po ramionach białymi kaskadami wyglądały złowrogo, mięśnie na karku napięły się, a obojczyki zakrzywiły w dół.Jeszcze żadna osoba, którą Yagrit widziała w życiu, nie była tak zła i cicha jednocześnie.
-Sytuacja wygląda źle, bardzo źle.Jesteś betą, zabiłaś nasz łącznik ze światem zewnętrznym, i siedzisz w Laergardzie.Obawiam się, że mogę ci pomóc tylko w jeden sposób.
     Wstała powoli, spokojnie i z opanowaniem.W jej ręku pojawił się duży kostur, przyodziany w świecące, różowe kulki.Oczy dopasowały się do kulek, a włosy zaplotły samoistnie w warkocz przypominający wodospad.Z chmury dymu, która zgromadziła się wokół szyi, spadł czarny, aksamitny płaszcz, a pod nim czarna suknia.Bez słowa skinęła głową, i wyszła z pokoju, a Yagrit za nią.
     Gdy zeszły do karczmy, zapadła grobowa cisza.Słychać było tylko stukot ich butów i mięso skwierczące na ruszcie w oddali.Ludzie patrzyli się z osłupieniem na Sorunn, i jej długi, drewniany kostur.Ta podniosła wyżej głowę, i wyszła.
     Dwie postacie stały już na placu głównym, a wokół nich tłum biesiadników z karczmy "Pod Jarzębiną".Wszyscy ze smutnymi minami, z wyjątkiem szatyna, który stał najbliżej, kipiąc ze złości -ale nie odważył się poruszyć.
     Białowłosa dziewczyna z obojętną miną zaczęła przemowę:
-Ja, Sorunn Larehfen, rdzenna Laergardczynka, magiczka i oficer oddziału zwiadowców z rodziny alf, oficjalnie w blasku Laergardzkiego Słońca i obecności Czystego Morza, skazuję cię na śmierć.

czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 11

     Przed nimi roztaczały się zielone doliny oblane promieniami słońca.Lecieli, chłonąc ciepły wiatr w nozdrza.Trzeba było wrócić później za Ostre Góry, przebrnąć przez zamiecie i śnieżyce tylko po to, by się zameldować; więc rozkoszowanie się chwilą wiosny było jak najbardziej na miejscu.Góry po prawej i lewej stronie tworzyły swego rodzaju ogromne, niebieskie ściany, oddzielając dwie rzeczywistości -tą sprzed tunelu, i tą po drugiej stronie.Tak we dwoje przemierzali to wszystko.Smok i jego pani, zżyci w konsumpcji drugiej krainy.Ich umysły były wygaszone, spokojne.Jedyne na co czekali, to nowy świat, i element nieznany, nadający sens całej tej wyprawie.
     Jednakże upojne widoki przesycone perfekcją barw i efektów po jakimś czasie przestały dawać natchnienie.Znów liczyło się tylko jedno, jeden cel.Potrzebny był plan, a wymyślanie czegokolwiek w miejscu nieznanym, a to wymagało skupienia.Cudowna kraina mimo iż zachęcała do eksplorowania każdego jej kawałka, nie dała rady jej rozproszyć.Yagrit musi dotrzeć do końca, o tak.Według opowieści znajdzie tam pięćdziesięciudwóch ludzi, którzy mają w posiadaniu poły płaszcza Ramonesa.Tak się fatygować dla kawałka poszarpanej szmaty, rzekomo niezniszczalnej...Liczyła się zawartość.Ktoś, kto ją zabrał, z pewnością podążał tą samą drogą co ona teraz.Jej poślizg wynosił około godziny.
     Na ogromnym zielonym terytorium zaczęły -jakby znikąd- wyrastać rośliny.Początkowo były to małe, urocze kwiatki, potem zaś kępki wysokich traw, krzaki, aż w końcu drzewa.W momencie kiedy las był tak gęsty, że uniemożliwiał lot, wznieśli się ponad to.Posiadacze płaszcza mogli iść pieszo, może konno, a może nawet na dragonoidach?To zwykła gęstwina, nie jakiś busz, więc trzecia opcja była bardzo prawdopodobna.To tłumaczyłoby czemu jeszcze ich nie widzę.
     Tuż za lasem i szerokimi polanami zaczynał się już bardziej jałowy świat.Malownicze góry przerodziły się we wzgórza, pokryte wypłowiałą po zimie trawą, drzewa nie zdążyły ubrać się w liście, słońce przygrzewało zupełnie nieśmiało, a niebo było szarawe.Widocznie tamta dolina miała być demonstracyjnym przedsionkiem.Ku zdziwieniu Yagrit, w środku krajobrazu w pełni obrazującego naturę, wyrosły mury.Wysokie, ułożone z kamieni i zakończone blankami.Niestrzeżone, ponieważ nie widać było osób pełniących tę rolę.Z resztą, który gracz by to robił, podczas gdy ma do odkrycia tak wiele?
     Smok wylądował tuż przed bramą.Wparowanie do nieznanego miasta na smoku nie może skończyć się zbyt dobrze, zważywszy na to, że Yagrit chce się wkupić w łaski mieszkańców.Więc młody, czarny gad zasiadł na pobliskim drzewie, owijając się wokół niego i wtykając swoje łuski gdzie się dało.
     Jak na świat, który miał mieć w posiadaniu pięćdziesiątdwoje ludzi, miasto było wręcz przeludnione.Wszędzie panował ruch i gwar, porozstawiane targi kusiły oczy, a rechot mężczyzn i muzyka skrzypiec z pobliskich karczm rozweselały na samą myśl o atmosferze tych miejsc.Młodzi chłopcy oporządzali konie wędrownych i rycerzy w sporej stajni, którą czuć było z daleka.Dziewczęta plotły sobie warkocze śmiejąc się do siebie, a najmniejsze dzieci grały w klasy.Szkoda, że ci wszyscy ludzie są wstawkami systemu.Nie żywi, a tak naturalni w tym krajobrazie.Poboczne kamienice wyznaczały wszelkie drogi, oddzielając bruk od bruku.Każda zachęcała -skręć w lewo, zerknij w prawo, jeżeli pójdziesz prosto, będzie ciekawiej- zdawały się szeptać.
     Yagrit weszła do pobliskiej karczmy "Pod Złotym Niedźwiedziem".Było w niej gwarno, nad stołami przelewało się wino, bardowie grali, a gospodarz opiekał mięso na ruszcie za ladą.Na ścianach wisiały pochodnie, rozświetlając wnętrze na żółto.Po lewej stronie w kącie były schody, zapewne prowadzące do noclegowni.Zasiadła przy stole, w pewnej odległości od podchmielonych mężczyzn, którzy darli się w niebogłosy.Podeszła do niej dziewka karczemna:
-Witamy w naszej karczmie!Chciałbyś coś, drogi podróżniku? -była roześmiana, wesoła, i wyglądała przyjaźnie.Miała czarny gorsecik, długą spódnicę i zwiewną koszulę.W rękach trzymała kufel i dzban wina.
-Polej, jeśli łaska -Yagrit starała się wypaść naturalnie, tak jakby była stąd.Gdy dziewczyna zaczęła jej nalewać trunku, zza jej miodowych włosów wyjrzał diament.Zatopiony w szyi, czysty, fioletowy diament.- Jednakże nie mam pieniędzy.
-Oj, gospodarz będzie zły!Ale dla tak urodziwej dziewczyny...
     Nie dałam jej dokończyć.Odsłoniłam kawałek futrzanego płaszcza, podnosząc lekko brodę.
-Urodziwa czy nie, wstawka systemu nie będzie na mnie zła.Dlaczego się tu ukrywasz?Jesteś jednym z alf, a robisz za dziewkę karczemną.O co chodzi?
-Masz na sobie grube futro, co oznacza, że przybywasz nie z tego miasta.Skądś dalej, znacznie dalej.Tam, gdzie zamiecie tną skrzydła młodych smoków, czyż nie? -w jej wodnistych oczach mignął błysk- Jesteś więc betą.Mamy nakaz zabicia wszystkich bet.Uciekaj, póki wędrowcy się nie zorientowali. -na jej buzię znów wpełznął uśmiech, i dolała mi do kufla więcej wina.Po czym niby przypadkiem potrąciła naczynie po to, by móc mi znowu nalać.- Na imię mi Aldev.Uciekaj z Fanagardu, wróć do bramy i wejdź w Lato.Tam spotkasz dziewkę taką samą jak ja, o włosach białych jak śnieg, imieniem Sorunn.W szyi ma zielony diament.Nie wracaj do Wiosny nigdy więcej.
     Dopiła co miała, i spokojnym, powolnym krokiem udała się w drogę powrotną.Jednak miasto tak pełne wrażeń ją skusiło.Zatopiła się więc w wirze kolorów, zapachów i dźwięków.Obracała się między targami, karczmami i podwórkami.Gdy skończyła grać w klasy z najmłodszymi dzieciakami, podszedł do niej.Znajomy rudy włos, uśmiech i oczy.Na plecach banjo.
-Nie podejrzewałem, że dojdziesz aż do Fanagardu.Nie masz granic, dziewczyno.
-Zapewne jesteś bardziej obeznany niż ja w tym mieście.Pójdźmy w jakieś zaciszne miejsce, najlepiej z dala od ludzi.
     Nie było to miejsce jej marzeń, ale wierzyła, że jest zaciszne.Kamienica na końcu miasta, stara, średnio zadbana, z ogromnym napisem "Pralnia".Między nią a domem na przeciwko, tuż nad głowami roztaczały się sznury pełne prania.Powiewające na wietrze lniane rzeczy tworzyły niepowtarzalny klimat.
     Dwie osoby weszły do małej izdebki, w której siedziały trzy praczki z miskami wypełnionymi wodą, a obok nich piętrzyły się sterty rzeczy do wyprania.Żadna z nich nie podniosła głowy znad pracy.Płomyk zmierzył po starych, drewnianych schodach w górę, a Yagrit podążyła za nim.
     Pokoik był mały, ciasny, w środku było tylko łóżko i mały stolik.Natomiast widok przez jedno jedyne okno był przepiękny, wprost na morze i zachodzące słońce.
-Gri, moja Gri.Powiedz mi, czego szukasz?
-Ufam ci tak jak rude są twoje włosy, jednak to moja sprawa.Od pewnej dziewki dowiedziałam się,że jest to Fanagard.Zapewne była wstawką systemu, podobnie jak większość ludzi tutaj. -skłamała płynnie.
-Nie musisz się z niczym kryć.Powiedziała ci to miodowowłosa Aldev, nasza perełka wśród zwiadowców. -mruknął- Wracając do sprawy, witamy w Fanagardzie, mieście niezbrukanym krwią.Znajdujemy się w tej chwili pod pieczą Meredith, przekornie zwanej Lady Lord Wiosny.Zarządza wszystkimi miastami w naszej wypłowiałej porze roku.Nie znosi walk, potyczek, bójek i chaosu, ale po za tym jest uroczą osobą.
-Z tego co mówisz ty i Aldev, udało mi się rozróżnić póki co trzy warstwy alf:wędrowcy, zwiadowcy i lordowie.Jakie są pozostałe?
-Darzę cię sporą dozą zaufania, jednakże jestem krwią związany z alfa-testerami.Nie proś mnie o pokazanie całego arsenału. -zamyślił się na ułamek sekundy, ale po chwili kontynuował.- Musisz stąd wylecieć,jak najszybciej.Fanagard jest czysty, ale nie można tego powiedzieć o jego mieszkańcach.Nie kieruj się wgłąb wiosny, a raczej cofnij do bramy, przeleć przez Ostre Góry i zostań w przedsionku tego świata.Nie ma tam zbyt wiele do roboty, a bety to banda bachorów, ale posłuchaj się mnie.
     Wyszła z pralni szybkim krokiem, starając się znaleźć wyjście z miasta.Płomyk z pewnością chciał dobrze, ale nie będzie się bawił w drugiego Ramonesa.Aspiracje miał na to spore, zważywszy na hymn, który trzymał w sercu i przygrywał na instrumencie.Nie należy wszystkim ufać.
     Smok był nieporuszony.Owinięty szczelnie między grubymi gałęziami, trwał bez ruchu od świtu do zmierzchu.Oczy miał zamknięte, całe ciało rozluźnione, a głowę opartą na własnym skrzydle.Na dźwięk głosu swej pani diament na czole rozbłysnął bladoniebieskim światłem, a ślepia się zeszkliły.Ciemna masa w szybkim tempie zlewała się z drzewa, podążając w stronę Yagrit.Ta pieszczotliwie pogłaskała jego łuski na szyi, po czym zasiadła między rogami gada.
-Czas na zmianę pory roku, Burzo.Nadchodzi lato.

sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 10

     Już wiedziała, co chce zrobić i co osiągnąć.Cel nie był prosty, ale z pewnością warty zachodu.W Świecie Smoków panowała jeszcze noc, głęboka i czarna jak obsydian, ale niebo błyszczało w pełnym blasku, świecąc jaśniej niż księżyc.Fantazyjne wzory z galaktyk i mgławic zdobiły nieboskłon wprawiając w zachwyt każdego, kto je zobaczył.Jednakże nie to się teraz liczyło.Trzeba było lecieć za Ostre Góry, przebić się przez śnieżyce i zamieci by dotrzeć na miejsce.Śnieg i grad mogą pociąć skrzydła Burzy, ale po za tym nie ma żadnych przeszkód.
     Co powiedzieć?Co zrobić?Głową władała póki co determinacja i wściekłość, więc mało było tam miejsca na myślenie.Yagrit -teraz zwykła graczka, kiedyś bohaterka.Tak będzie, bo tak sobie przyrzekła.Obejmie grupę graczy, i razem stawią czoła Ramonesowi i systemowi.To nie będzie kolejne pokolenie powłok bez ciała, graczy uwięzionych w pułapce.To będą młodzi anarchiści i rewolucjoniści.Nie Malarze Losu czy inne ofiary.Właśnie oni zmienią ten świat, i będą go strzec.Względnie zarządzać.
     Smok pokonał kłęby ostrych gradobić, chmury zamieci i wichry śnieżyc bez większych problemów.Spoza śnieżnego chaosu powoli wyłaniała się siedziba alfa testerów.Na początku kolosalna grota, miejsce stacjonowania gadów.Dalej ognisko, pieńki do siedzenia, duży, dębowy stół.A wszystko wypełnione ciepłem i śmiechem.Co w środku skał?Tego jeszcze nie wiedziała.Burzo, daj głos.Zawiadomimy ich.Zwierzę ryknęło, przecinając przestrzeń, i zaczęło kotłować skrzydłami, przymierzając się do lądowania.
     Gdy Burza opadł na grunt i z dumą rozłożył skrzydła strasząc pozostałe gadziny, oni już tam byli.Nie zaskoczeni kolorem smoka, ani samym jej przybyciem, ale źli.Cholerna złość malowała im się na twarzach.Niełatwo będzie wkupić się w ich rzędy.
-Kruszyna przyleciała, kto by się spodziewał.Ten dureń nie dał ci blokady?Byliśmy przekonani, że do nas więcej nie zawitasz. -powiedziała obojętnym głosem.Jednak u Koszki zawsze dawało się wyczuć nutę irytacji i wkurzenia w ramach dodatku do wszystkich uczuć.- O cokolwiek nas prosisz, nasza odpowiedź brzmi:nie.Nie chcemy bezużytecznej kruszynki.Nawet takiej z granatowym smokiem.
-Krążki nie są zbyt trwałe.Z pewnością wiesz co to jest.Pan Ramones z tego co wiem lubi nakładać blokady. -rzuciła poły płaszcza przed kobietę.- Zawartość, jak widzisz, pokaźna.Nie interesuje mnie co do kogo należy.Niszczcie sobie co chcecie.Mam tylko jedną prośbę:chcę do was dołączyć.
-Oh, moja słodka, naprawdę myślisz, że tym się wkupisz w nasze szeregi? -cmoknęła bez uznania- Jesteś żałosna i bezczelna, że w ogóle śmiesz prosić.Wiesz kim my w ogóle jesteśmy?!Wiesz, że nas zabili?A może to dla ciebie zbyt dużo informacji?W głowie masz pusto, prawda.Ale czy tej pustki jest na tyle, aby...
-Dosyć, głupia krowo, bo ci utnę jęzor.
     Te słowa wypowiedziała urocza dziewczyna o mysich włosach.Była niska, miała oczy w kształcie migdałów, pełne usta i bladą cerę.Nie wysoka, nie niska.Miała na sobie dobrze skrojone szare szaty, gdzieniegdzie przyobleczone futrem jakiegoś północnego zwierzęcia.
-Zamknęłabyś się czasem, Koszko.Gadasz za dużo i za głupio."Kim my jesteśmy?!", tak?My z pewnością kimś, ale ty jesteś nikim.Urządzasz tylko burdy i bijatyki.Mielesz językiem jakby się coś swędziało.Możesz być liderką przez zastraszanie i wywieranie presji, ale to ci nic nie daje.Nieskromnie, ale prawdomównie -to ja tu jestem liderką.I dopóki tak jest, żadne ścierwo w szatach bordo nie będzie się rządzić. -spojrzała na Yagrit.- Wybacz za moją głupią siostrę.Nazywam się Gwyneth, potocznie Gwyn, czy jak tam kto chce.Kim jesteś i co się tu sprowadza?
-Yagrit, jedna z beta testerów.Chciałabym dołączyć do was.
-Powiem tak: kolor twojego smoka, czyli czerń -nie tak jak błędnie oceniła to Koszka-granat, to, że odcięłaś Ramonesowi 3/4 płaszcza zdobywając wszystkie blokady, no i w końcu to, że się wyrwałaś za Ostre Góry -naprawdę robi wrażenie.Jednakże nie zrozum mnie źle, ale nie możesz do nas dołączyć.Dopóki jesteś na smyczy systemu nie ma mowy o jakichkolwiek kontaktach z nami, o współpracy nie wspominając.Spróbuj kiedy będziesz śmiertelna.
-Gwynnie, moja droga siostrzyczko -zaczęła Koszka- Jest jeden problem.Bo widzisz, ta panienka już u nas była.I, pechowo, zdążyłyśmy umówić się na pojedynek w dniu śmiertelności.Wiesz, jak to ze mną bywa...nasza kruszynka może już wtedy nie żyć.
     Roześmiała się głośno z wyraźną pogardą w głosie.Ogonek graczy, który przyszedł wraz z nią również wybuchnął gromkim śmiechem.
-Albo kruszynka zabije ciebie. -te cztery słowa odbiły się echem w grocie, zamykając usta nawet Koszce.Gwyneth obróciła się, zamiotła futrzanym płaszczem i zniknęła w głębi skał.Na podążenie za nią trzeba będzie sobie zasłużyć.Ale do tego czasu z pewnością uda mi się zabić jej durną siostrę.
-No cóż, panowie i panie, nie było to zbyt ciepłe spotkanie ale wierzę, że kiedyś nam się lepiej ułoży -powiedziała Yagrit wsiadając na smoka- Życzę wam wyzwolenia się spod uroku Koszki, bo jedyne co tworzycie teraz to chodzący ciemnogród.Tak naprawdę to tylko banalna iluzja, słaba i wątła.Otwórzcie szerzej oczy, a wam przejdzie.
     Już widać, że sztuka iluzji nie idzie jej najlepiej.A to dobrze dla mnie. -pomyślała, przecinając kłęby śniegu.Oprócz tego jednego pozytywu nie było nic więcej pocieszającego.Alfy odrzucili, no, może bardziej -przełożyli- rozważenie zgody na moje dołączenie.Czy nie lepiej byłoby stworzyć swoją własną...ligę?stowarzyszenie?bractwo?Jedynymi, którzy by się dołączyli to Elvis i Sarah, może ta stuknięta elfka, choć w to szczerze wątpiła.Potencjalnie mamy bractwo.Co dalej?Cholera, w więzach systemu nic nie można zrobić!W tym momencie przyszła jej do głowy bardzo ważna myśl.
     Smok leciał z zawrotną prędkością wpadając w chmury lodu, śniegu i co tam jeszcze się kryło.Jego rogi wraz z łuskami na głowie, piersi, barkach i skrzydłach były zdrowo oszronione.Czuła, że cała jej twarz również jest pokryta tworami lodowymi.Gdy smok padł na grunt, zeskoczyła cicho jak kotka.Iluzja:ukrycie.Znikła.Teraz nie można było jej dostrzec.Gad również zniknął, jednak nie materialnie, a w zamieciach.Ostrożnymi, miękkimi krokami ruszyła w głąb skał.
     Na samym początku, tuż przy wejściu znajdował się przedsionek w kształcie półokręgu.W nim były cztery korytarze prowadzące teoretycznie -wszędzie.Nad każdym z nich była litera.Od lewej:W,L,J,Z.Pomyślmy...nazwa miesięcy?Z pewnością nie.Dni tygodnia także odpadają.W,L,J,Z...Wiosna, Lato, Jesień, Zima! Teraz mamy następny problem: którym iść? Już miała ruszyć w wiosnę, ale coś ją powstrzymało.
     Litery zaczynały się zamieniać miejscami, strzepując z siebie proch skalny, i skacząc co raz szybciej i szybciej.Kiedy w końcu ich ruch ustał, a w głowie się kręciło, wszystko było na odwrót:wiosna tam gdzie zima, lato tam gdzie jesień, jesień tam gdzie lato a zima tam gdzie wiosna.Sztuczka mimo iż wydawała się skuteczna, nie mogła stanowić problemu dla maga iluzji.Owy trik miał zmusić do myślenia osobę, która się tu znalazła -czy wcześniej to była iluzja, czy teraz?- w gruncie czego strażnicy zdążyli przybiec i zatrzymać tego, kto tu stał.Yagrit bez wahania weszła w korytarz z literą "Z", by trafić w wiosnę.Brzmi przewrotnie, ale to właściwy adres.
     Tunel był prosty, bez pułapek, haków, przejść i wejść.W środku nie było ani jednej pochodni.Źródłem światła było wyjście.Na razie przypominało scenę rodem z katolickich głów -śmierć, pójście w stronę światła, potem czyściec i inne brednie.Za tym światłem kryło się coś znacznie piękniejszego.
     Ostre Góry to ohydna otoczka w porównaniu z tym, co się tu kryje.Zaskakująco przypomina mi to człowieka.Z zewnątrz brzydki, zły, wredny, ale wewnątrz może kryć się coś przepięknego.Zupełnie jak tutaj.
     Wszystko miało barwę soczystej zieleni.Pąki kwiatów póki co tylko nieśmiało wyglądały gdzieniegdzie, ale to nie odbierało uroku pięknej dolinie.Słońce grzało przyjemnie, i wiał chłodny wiatr.A ja zostawiłam Burzę zupełnie samego na tym chłodzie!Burzo, słyszysz mnie? -starała się maksymalnie skupić, ściskając kawałek diamentu w dłoni.Ten zaczął się świecić stopniowo co raz jaśniej i jaśniej, wypełniając dłonie Yagrit bladoniebieskim światłem.-Proszę cię, nie marznij.Chodź do mnie.Prześlizgnij się do środka, wejdź w pierwsze drzwi po lewej.W wiosnę.Będzie tam iluzja, ale daj jej się skończyć.Wejdź tam, gdzie na początku była litera "W".Wierzę w ciebie, smoku.
     Imię zobowiązuje.Burza nigdy nie bywa zbyt delikatna, ani się nie dostosowuje.Po prostu ciska piorunami, sprowadza deszcz i chmury.Tak samo gad wielkości dorosłego dragonoida wbił się między skały, rozkruszając je na kawałki i dewastując większą część przejścia.
-No, smoku, pora na przygodę.