Na niebie zaczęły gromadzić się chmury, i po chwili zaczęło siąpić.Deszcz wzbierał z minuty na minutę, bezlitośnie kłując kroplami małą łódkę.Na zetknięciu burt z pokładem zaczęła się gromadzić woda.Obecny transport sprawiał wrażenie, że zaraz nasiąknie do cna, zmięknie i się rozpuści w morską toń.Deski przybierały co raz ciemniejszą barwę.Para marnych ławeczek była niemal czarna.
Wtem na lichą łódź wtoczyła się postać -błękitny płaszcz przybył znikąd, tak jak deszcz.Wślizgnął się szybko i zwinnie niczym cień.Zanurzenie łodzi niebezpiecznie się powiększyło.Włosy Yagrit mimowolnie się naelektryzowały, a miecz wskoczył w dłoń automatycznie.Postać przez chwilę się nie ruszała.Nie sięgnęła po broń, nie wypowiedziała żadnego przekleństwa, nie próbowała rozhuśtać i tak już kiwającego się pokładu.
-K...kim jesteś? -z gardła Gri wyrwał się chrypliwy, niepewny głos.Nie, jeszcze raz.-Kim jesteś? -tym razem spytała pewnie, ostro, i bez wachania.
Postać usiadła na poczerniałej ławeczce, skinęła, by dziewczyna zrobiła to samo.Dopiero potem ściągnęła kaptur.
-Muszę cię zabrać, przykro mi.
Błyskawicznie wyciągnęła metalowy buzdygan barwy węgla, i uniosła go do góry.Wypłynęło z niego białe, porażające światło.Potem nastała ciemność.
***
Do wybrzeży małego portu Dorfen przybiła łódka.Poczerniała, mokra, pusta.Strażnik w podstarzałym wieku, ubrany w utwardzaną skórę obszytą tanim futrem zdecydowanie się zaniepokoił.Rzucił metalową halabardę na ziemię, i co sił pobiegł przez aleję z rudymi i czerwonymi drzewami, wprost ku małemu zameczkowi w środku parku.Przedostał się przez bramę, mury, hol i korytarze, aż wpadł do sali audiencyjnej.Kobieta zasiadająca na małym tronie obłożonym poduszkami i atłasem wyprostowała się na jego widok.
-Czy już jest? -powiedziała melodyjnym głosem.
Strażnik był tak zaniepokojony, że nie zdołał nic z siebie wydusić.Jedynie wskazał na port widoczny przez wysokie, kilkumetrowe okno.Jej bystre, ciemne oczy powędrowały w tamtym kierunku.Bez namysłu złapała najdłuższe krańce jedwabnej sukni, i w pośpiechu wybiegła na zewnątrz. Za sobą zostawiała odciski małych obcasów stawiane z gracją.
Gdy stanęła na brzegu cypelka, zaczęła się nerwowo rozglądać.Białe jak mleko dłonie drżały -nie wiedzieć czy to z zimna, czy ze zdenerwowania.
-A jeżeli coś jej się stało? -rzuciła do strażnika- Głupstwo, oczywiście, że jej się coś stało! Tylko co?
-Lady Antaro, proszę...
-Wyślij kruka do Laergardu.Albo i nawet dwa, jak będzie trzeba.Napisz, że złożę Płomykowi wizytę.
***
Obudziła się w celi więziennej.Jednak nie na śmierdzącej, brudnej słomie, a na całkiem miękkim łożu.Obok miała stolik, na którym leżały owoce, a pod nogami dywan.Gdyby nie kraty w małym oknie, przypominałoby to gościnny pokój.Pośpiesznie wstała, podbiegła do drzwi, i chwyciła za klamkę -zablokowana.Zaczęła więc walić w ogromny kawał dębowego drewna.-Otwórzcie mi!Chcę się zobaczyć z tą dziewczyną!Halo, jest tam kto?!
Odpowiedział niski głos mężczyzny
-Daj sobie spokój, dziewucho!
Nikt nie będzie znieważał Burzy, która przetrwała egzekucję różowookiego kata.
Błyskawice zaczęły wypełzać z jej ciała.Wiły się po podłodze, wdzierały w każdy możliwy kąt.No, moje dzieci, pokażcie im ile znaczy wasza siła.Drzwi zostały wysadzone z zawiasów i roztrzaskane w drzazgi.Miecz sam wślizgnął się do rąk, i rękojeść z impetem uderzyła w potylicę zdezorientowanego strażnika.Osunął się bezwładnie na ziemię z cichym jękiem.
Dziewczyna najciszej jak mogła, pobiegła wąskim korytarzem.Tutejsze lochy musiały być rozbudowaną siecią, ponieważ długo błąkała się szukając wyjścia.Na szczęście nie ustawiono zbyt dużo strażnicy, więc nie musiała używać zbyt często rękojeści.
Z więzieni wyprowadził ją szeroki korytarz z niebieskim dywanem i poustawianym rzędem zbroi rycerskich.Zdecydowała się iść w prawo, z daleka od gwaru po lewej stronie.By pozostać niezauważoną musiała zostawić za sobą cztery trupy, które dosłownie chwilę wcześniej strzegły ogromnych, rzeźbionych wrót.Te były zamknięte na cztery spusty, co uniemożliwiało wejście.Na szczęście pocałunek błyskawic załatwił sprawę.No proszę, moje umiejętności polepszają się.
W środku, na samym końcu na podwyższeniu stał tron.Piękny, z jasnego drewna.W rzeczywistości był splotem gałęzi, przykrytym futrami wilka, niedźwiedzia, saren, i innych dzikich zwierząt.Nad nim wisiały trzy jelenie czaszki monstrualnych wielkości.Po za tymi rzeczami były jedynie marmurowe ściany z oknami i posadzka.Trochę skrępowana swoim pomysłem, Yagrit zasiadła na owym tronie.Długo czekać nie musiała.
W przeciągu paru minut wrota rozwarły się, i cały garnizon strażników wbiegł z krzykiem do środka.Wszyscy mieli skierowanie włócznie w jej stronę, i byli gotowi do ataku.Za nimi wbiegła kobieta w niebieskim płaszczu.Ta sama, która ją porwała.Jej mina czyniła sytuację zabawną.Jednak mniej zabawnie zrobiło się, gdy za nią wbiegli trzej mężczyźni w zielonych zbrojach i pelerynach, ze srebrnymi mieczami w rękach.W porównaniu do włóczniarzy wyglądali znacznie groźniej.
-Strażnicy! Do...
-...ataku? -odparła Yagrit.Ryzykownie, ale może się opłacić.Podbuduję swoją reputację.- Nie radzę. -powiedziała, widząc przemykający cień Burzy przemykający obok okna salowego.- Znowu się spotykamy, kobieto w błękicie.Może teraz mi się przedstawisz? -już miała coś odpowiedzieć, ale znowu jej przerwano.- Będziesz się chować za kupą złomu, czy tu podejdziesz?
Ludzie przepuścili ją bez oporu.
-Zwą mnie Develin. -jej oczy nabrały pewności siebie.- Deszczowy mag, z Rossefortu, letniego miasta w którym się obecnie znajdujemy.
-I dlaczego mnie porwałaś?
-Zadałaś się z magami ognia, bliskimi niejakiej Sorunn, której nie udało się ciebie zabić.Laergard to słodkie miasto, jednak zdradzieckie, jak jego mieszkańcy. -skierowała spojrzenie głębokich oczu wprost na tron.- Radziłabym zejść z miejsca, w którym siedzisz, bo właściciel może nie być zadowolony.Za taką zniewagę płaci się życiem.
-Za zniewagę mojej osoby płaci się tak samo. -Czyżbym oszalała?Zachowuję się jak ktoś przepełniony pychą i dumą.Ten świat zupełnie mnie wciągnął.- Czyje to miejsce, i jaka jest twoja rola?
-Jestem namiestniczką zamku należącego do Aelli Taurentari, pierwszą tego imienia, zwaną Leśną Królową, władającą kilkoma znaczącymi miastami w Lecie.
-Nużą mnie twoje odpowiedzi, a nadal nie rzekłaś czemuś mnie porwała. -gdy dziewczyna znów zaczęła opowieść o magach ognia.Dosyć dziewucho.- To już słyszałam.Mówże, coś mi groziło?
-O, tak, tak. -powiedziała przejęta- Jesteś jednym z magów Naneth.Trzeba chronić twoją ogromną moc.
-Skoro jest taka ogromna, to czemuś mnie ogłuszyła, porwała, i zamknęła w celi? -przekręciła się na tronie.- Tak się nie traktuje ważnych osobistości.-Co jest ze mną nie tak?Ten głos wyrywa się bez mojej zgody.- Nie wiem jak długo tu tkwisz, ale to tylko gra, nie zapominaj.
Na dźwięk słowa "gra" rozmówczyni poruszyła się nerwowo.
-Proponuję, byśmy pomówiły na osobności.Zapraszam cię do dużej sali, gdzie zasiądziemy, dzieląc się mięsem i miodem.Potem dostaniesz własną komnatę, jako gość Rossefortu.
***
Sala, w której zasiadły, była zupełnie inna, niż ta z tronem.Zamiast marmurowej posadzki było tu ciemne drewno, a na zimne ściany zakrywały lniane płachty.Wszędzie były porozwieszane zioła, rośliny, wianki.Pochodnie powtykane między zieleninę były pięknie rzeźbione w czarnym żelazie.Na suficie panował istny taniec świateł -na cienkich sznurach podoczepiane były kawałki szkła, które chwytały promienie słońca, i odbijały je na sklepieniu.Spomiędzy tej plątaniny wyłaniał się żyrandol, który był równie splątany.Kowale z pewnością musieli kuć go całe wieki.Między metalowymi łukami wystawała jemioła, soczyście zielona i pokaźna.Całość wyglądała jak serce magicznego lasu.-Zasiądź proszę. -blondynka wskazała miejsce po przeciwnej stronie długiego stołu- Zaraz podadzą nam strawę.Zechciej przyjąć moją ofertę.
Gdy Yagrit usiadła, dziewczyna zaczęła mówić.
-Gra. -zaczęła, pociągając łyk wina.- Słowo paskudne, odbierające wolność.Każda gra zniewala, obracając ludzi w pionki.To, czym teraz jesteś, niedługo zostanie zabite.-poczekała chwilę- Nie mam zamiaru pierniczyć się z kimś takim jak ty, jednakże nakazano mi cię przejąć i zatrzymać.
-Chodzę dokąd chcę.Jestem wolnym człowiekiem, jeszcze nikomu się nie zaprzysiężyłam, i nie mam zamiaru tego zrobić.Przejdźmy zatem do suchych informacji.Co masz mi do powiedzenia?
-Grasz tylko przez chwilę.To takie złudzenie, że możesz się wylogować, że masz schowek na swoje rzeczy, że masz mapę świata...nawet ta jest fałszywa.-popatrzyła się z odrazą.- Wszystko zniknie, to jest twoja nowa rzeczywistość.Witamy w średniowiecznym lecie.Jeżeli chcesz przeżyć, to z kimś współpracuj.-służka przyniosła jedzenie:różne rodzaje mięsa, miód pitny, zieleninę.- Mamy pod opieką czwórkę z dziewięciu magów Naneth, ty, o ile się zgodzisz, będziesz piąta.
-Nie dajesz mi wyboru, prawda?
-Bystre dziewczę.-drzwi gwałtownie rozwarły się i do sali wbiegł ten sam garnizon co wcześniej, zapychając ją po brzegi.
-No nie, zapraszasz mnie do jednego stołu, a potem bierzesz w niewolę? -po ogromnym oknie przewinął się cień.- Może i to średniowieczne lato, ale maniery z ery współczesnej.
Nagle wielki huk i trzask, na posadzkę posypało się szkło.Strażnicy odsunęli włócznie od szyi Yagrit ze strachem w oczach.Za jej plecami pojawił się smok: wielki, czarny jak obsydian, szczerzący kły pokryte krwią, zapewne jakiegoś dzikiego zwierzęcia.Z jego gardła wyrwał się przeraźliwy pisk i skrzek.
-Muszę przyznać, że magowie ognia są znacznie milsi.-powiedziała, wsiadając na zwierzę.- Może następnym razem skosztuję waszego jadła.I mam dla ciebie radę na przyszłość, śliczniutka -zwróciła się ku Develin- Jeżeli chcesz kogoś pozyskać, okazuj mu miłość i szacunek, bo inaczej może uciec na czarnym smoku.
I wzbiła się w powietrze, zostawiając za sobą tumany kurzu z odłamkami szklanymi.