Siedzieli na stromym dachu kamieniczki niedaleko od placu.Było jasno, wiał ciepły wiatr, na ulicach toczyło się codzienne życie.Panienki gaworzyły głośno, dzieciaki zza rogu grały w gry, starsi chłopcy przewozili siano, owies, pszenicę i żyto na drewnianych wozach.W karczmach jak zwykle hałas i przelewające się wino, a na zewnątrz podchmieleni panowie wyzywający się na pojedynek.Wszystko się zlewało, każda sytuacja pasowała do siebie jak ulał, było spokojnie i sielsko...Świat każdego idealisty.
-Więc...więc... -próbował zacząć rozmowę Aries- Może na sam początek...Jak wiesz, Sorunn chciała cię zabić.Taki nakaz, wymyślony przez nią samą.Stworzyła formułę i nadała sobie jako czar, którego może używać tylko ona.Nie wiem, jak do tego doszła.Zapewne kontaktowała się z Ramonesem...Nie wiem, naprawdę...Wracając do sprawy -miało to zniszczyć twój avatar, tak, abyś tu nigdy nie wróciła.Bo mogłabyś tu zostać na zawsze...
-Tak, mam tego świadomość.Zabiliby moje ciało, a ja bym tu została jako element gry.To kwestia czasu.
Chłopak nerwowo przełknął ślinę.
-Ale żyjesz, widzisz, żyjesz.Coś poszło nie tak.Nie wiem, czy mnie rozumiesz... -jego oczy miały w sobie litość i współczucie, i błagały, by Yagrit cokolwiek powiedziała.Rosły chłopak, a ma taki problem z wypowiedzeniem się do końca...Ale w końcu zrozumiała.
Nie chodziło o jej życie, o to, że miała mieć rodzinę, pracę, że miała się rozwijać.Łzy wielkie jak grochy spływały po jej policzku, wyprowadzając tęsknotę i ból z jej wnętrza.Już nigdy nie ujrzy mamy ani siostry.To i tak miało nastąpić, ale za dwa miesiące.Było tyle czasu, a Sorunn go odebrała.
Zaczęła unosić się w górę.Powietrze wokół niej zaczęło się elektryzować i niebezpiecznie zagęszczać.Gdy palce stóp ledwie dotykały dachówek, wyglądała zupełnie inaczej.Czarne ciuchy znów się na nią wdarły, a trzewiki samoistnie zacisnęły wokół łydki.Po rozpuszczonych włosach skakały iskry.W duszy gniew i pustka stłumiły wszelkie uczucia.Z jej ust wyrwały się tylko trzy słowa przepełnione goryczą:
-Gdzie jest Sorunn?
W porę jednak Aries sprowadził ją na ziemię, używając sporo siły.Teraz trzymał nieszczęsną Yagrit w objęciach.Ta nie odwzajemniła uścisku, a pusto wpatrywała się w dal.
-Nie przejmuj się dziewczyno.Zachowaj siły na później.Obiecuję ci, obiecuję...-teraz miał ścisk w gardle.- Obiecuję, że zadbam o to, byś ją zabiła.
*
Resztę wczorajszego dnia przepiła w karczmie.Ponoć poznała parę osób, ale rano w pamięci zastała dziurę.Definitywnie potrzeba odpoczynku, snu, a przede wszystkim świata zewnętrznego.Pięknej Anglii, Londynu, klimatycznej dzielnicy Camden, w której mieszkała.Big Bena, widoku na Buckingham Palace, dnia św.Patryka...Wszystko to przywołało wspomnienia.Drewniana ława nie była zbyt wygodna, a co dopiero kamienna podłoga, na której spała pół nocy, dopóki Aries jej nie przeniósł do górnego pokoju.Oczy zapewne miała czerwone od płaczu, i nos jak pijak, ale rozpacz wygrywała z każdą myślą o ogarnięciu się.
-Yagrit, wiem, co przechodzisz.Każdy z nas tak miał.Powinno ci przejść mniej więcej po tygodniu...
-Faceci są beznadziejni. -odpowiedziała, i obróciła się na drugi bok.- Nie rozumiesz.Spłycasz sprawę.To, że rozpacz minie, nigdy nie zabije we mnie pierwiastka świata zewnętrznego...To...
W pół zdania wdarł się płacz, przerywając rozmowę.
-Przyniosłem ci trochę specyfików od mojej przyjaciółki.Trzymaj się.Przyjdę tu za parę godzin.
O mały stolik stuknęły buteleczki, potem tylko trzask drzwi i cisza.Postanowiła wypić zawartość każdego naczynia.Może jej to coś da, może nie.Trudno -co nie zabije to wzmocni.
Na pierwszy żywioł poszła fiolka z fioletowym płynem, który smakował słodko, aczkolwiek był lepki i nieprzyjemny.Potem szklana, prosta butelka z pomarańczowymi oparami w środku.To się wdycha, połyka, czy co?W oczy piekło, połknąć się nie dało, w nosie kręciło, więc pozostała tylko skóra.Yagrit skierowała naczynie przed twarz, poziomo.Opary jak żywe zwierzę wyleciały, owinęły twarz i ulotniły się, zostawiając po sobie miłe uczucie odprężenia.Zawartość trzeciej butelki to była zwykła woda aloesowa, która nadrabiała braki w witaminach i była przyjemna w smaku.Czwarta substancja była niezwykle dziwna -miała konsystencję smoły, ale mieniła się kolorami tęczy.Wlana do ust, spływała lekko jak woda.Z pozoru niegroźna ciecz, jednakże okazała się niebezpieczna.Omamiła mózg, w miejsce rozpaczy wprowadzając szczęście i spokój, i wymazała przykre wspomnienia.
Yagrit zadowolona życiem, z uśmiechem na twarzy wyszła z pomieszczenia.
-Wiedziałem, że długo nie wytrzymasz. -Aries stał ucieszony tuż pod drzwiami.- Chodźmy, muszę cię zapoznać z twoim wybawicielem.
Było już późne popołudnie, ciepłe i miłe ciału.Rozmawiając o Laergardzie szli razem między kamieniczkami, przez plac, minęli targowisko, kawałek plaży,sporo karczm.Aż w końcu dotarli na miejsce.Przed nimi stała z pozoru zapyziała kuźnia, a obok niej stajnia.Wszędzie pajęczyny, nieudolnie doklejone kamienie na ścianach, słoma witała już od progu, a widły i miotły bezwstydnie zawalały wejście.
W środku było duszno, panował skwar i chaos.Rozgrzany miech sapał przy palenisku, na kowadle stygły podkowy, z wiader wypełnionych wodą unosiła się para wodna, tworząc obłoki przesłaniające widok.Po podłodze walały się kawałki żelaza i drewna.Na jednej ze ścian w idealnym stanie wisiały masywne młoty, mniejsze i większe kleszcze, spory pilnik i przecinak.Obok glinianego pieca stał dzban z oliwą.Jednakże nie było widać żywej duszy.
-Hej, Halla! Jesteś tu? -zawołał Aries.
-Jestem, jestem! -odpowiedział damski głos przepełniony entuzjazmem.- Jak się ma twoja koleżanka?Jak jej tam...Yagret,Greta,Yarita?
-Blisko.Nazywam się Yagrit, wybawicielko.
Zza kłębów dymu wyszła wysoka postać.Wyglądała dosyć osobliwie.Ruda, kręcona szopa na głowie, oliwkowa skóra umazana węglem, wysportowane ciało, na twarzy szeroki uśmiech.Ubrana była w zamszowo-skórzaną spódniczkę z przecięciami na udach, top z takiego samego materiału, również przecięty po bokach.Przy pasku z okrągłymi ćwiekami miała przytroczony średniej wielkości młot, a na rękach ogromne kowalskie rękawice.Sprawiała wrażenie osoby miłej i optymistycznej.
-Wybaczcie, że musieliście czekać, ale przetapiałam srebro na podkowy.-powiedziała po chwili- I wybaczcie mi tą nieuprzejmość, ale znów musicie poczekać, ale mam pilne zamówienie, i muszę je wykonać jeszcze dzisiaj.Zasiądźcie przy stole.Ah, zaraz to odczepię.
Podeszła do dużego, dębowego stołu, i jednym uderzeniem w korbkę ściągnęła ciężkie, metalowe imadło.Tym gestem zadziwiła Yagrit do granic możliwości.Zachichotała cicho, i zabrała się do pracy.
Wzięła podkowy z kowadła, i jedną po drugiej zanurzała w misce ze srebrem, czekała chwilę i wkładała do wody.Po drodze wprawiała miech w ruch, wrzucała nowe kawałki żelaza do paleniska, przekuwała coś na kowadle, dolewała oliwy do ognia i robiła jeszcze tysiąc innych rzeczy.Halla to naprawdę obrotna osoba.
-Chodźcie za mną. -powiedziała, i skierowała się za najbliższe drzwi.
Było to przejście do stajni.Zupełnie innej, niż wnętrze kuźni.W środku było czysto i schludnie.Okna były umyte, siano w rogu spakowane w kostki, pasze w zawiązanych workach, uprzęże lśniące i równo powieszone.Powietrze było lekkie i przyjemne.Po lewej stronie były cztery boksy wykonane z jasnego drewna z żelaznymi zdobieniami, a każdy z nich zadbany i przestronny.
Halla podeszła do pierwszego z nich, i wyprowadziła pięknego, śnieżnobiałego rumaka z niebotycznie długą grzywą i ogonem.Z kieszeni wyjęła jedną z posrebrzanych podków, i przyłożyła do przedniego kopyta.Z uznaniem pokiwała głową.
-Poznajcie Irimę, moją stałą klientkę.Jest dosyć kapryśna i zachowuje się jak księżniczka, ale nie da się jej nie lubić.Jej właścicielką jest Meredith, Lady Lord Wiosny.Nie mam pojęcia, dlaczego taka osobistość wybrała moją malutką kuźnię, ale jestem szczęśliwa z tego powodu.-powiedziała zadowolona- Zaraz będę kuć konia, i potrzebuję spokoju.Stajenka nie jest zbyt duża, ale możecie się rozejrzeć.
-Yagrit, pójdę do kuźni, nie będę się tu pałętać.Rozejrzyj się i wróć w razie czego. -rzucił Aries.
Zgodnie ze wskazaniami przeszła się po stajni.Na drzwiach drugiego boksu powieszone były żelazne literki:ARTE, które zapewne oznaczały imię konia.W środku a i owszem, był koń -lub raczej przerośnięty kuc.Brązowe oczy wyglądały przyjaźnie spod czarnej, równo przyciętej grzywki.Na widok dziewczyny gniadosz zarżał cicho i delikatnie, poruszając chrapami, po czym przeniósł uwagę na porcję owsa w żłobie.W trzecim boksie znajdował się ogromny, kary koń.Nerwowo chodził w tę i wewtę, zamiatając ogonem.Po chwili z jego pyska wyrwał się głośny, jakby zniecierpliwiony dźwięk, który można było bardziej nazwać rykiem niż rżeniem.
-Cicho, Bruyant, już dostałeś żarcie! -krzyknęła Halla, i koń cicho zaszył się w kąt.
W ostatnim boksie znajdowała się piękna, siwa jabłkowita klaczka z czekoladowym źrebakiem.Była proporcjonalna, nie za duża nie za mała, miała nieprzyciętą grzywę i ogon, a na nogach skarpetki sięgające aż nadgarstków.Jej dziecię natomiast było kasztanowate, z dużą głową i kończynami.Próbowało nieudolnie fikać, kończąc z rozjechanymi nogami na podłożu.Na boksie widniał napis "Alliè", a pod spodem dopisany węglem "Avertir".Te imiona brzmiały tak...
-Jeżeli pytasz, jestem francuzką. -powiedziała kowalka, która skończyła już swoją robotę.- Tkwię tu od bardzo dawna, ale nie zapominam o tym, kim jestem.A ty?