wtorek, 14 kwietnia 2015

Rozdział 14

     Ciężkie, czarne ubrania zmieniła na zwiewne, białe ciuchy z drobnymi, złotymi paskami.Staruszka musiała sporo pracować w swoim małym butiku, bo miała nienaganne wyczucie stylu -wtapiające się w Laergard.Spalone pasemka włosów odcięła, a brunatną szopę spięła w gruby warkocz.
     Siedzieli na stromym dachu kamieniczki niedaleko od placu.Było jasno, wiał ciepły wiatr, na ulicach toczyło się codzienne życie.Panienki gaworzyły głośno, dzieciaki zza rogu grały w gry, starsi chłopcy przewozili siano, owies, pszenicę i żyto na drewnianych wozach.W karczmach jak zwykle hałas i przelewające się wino, a na zewnątrz podchmieleni panowie wyzywający się na pojedynek.Wszystko się zlewało, każda sytuacja pasowała do siebie jak ulał, było spokojnie i sielsko...Świat każdego idealisty.
-Więc...więc... -próbował zacząć rozmowę Aries- Może na sam początek...Jak wiesz, Sorunn chciała cię zabić.Taki nakaz, wymyślony przez nią samą.Stworzyła formułę i nadała sobie jako czar, którego może używać tylko ona.Nie wiem, jak do tego doszła.Zapewne kontaktowała się z Ramonesem...Nie wiem, naprawdę...Wracając do sprawy -miało to zniszczyć twój avatar, tak, abyś tu nigdy nie wróciła.Bo mogłabyś tu zostać na zawsze...
-Tak, mam tego świadomość.Zabiliby moje ciało, a ja bym tu została jako element gry.To kwestia czasu.
     Chłopak nerwowo przełknął ślinę.
-Ale żyjesz, widzisz, żyjesz.Coś poszło nie tak.Nie wiem, czy mnie rozumiesz... -jego oczy miały w sobie litość i współczucie, i błagały, by Yagrit cokolwiek powiedziała.Rosły chłopak, a ma taki problem z wypowiedzeniem się do końca...Ale w końcu zrozumiała.
     Nie chodziło o jej życie, o to, że miała mieć rodzinę, pracę, że miała się rozwijać.Łzy wielkie jak grochy spływały po jej policzku, wyprowadzając tęsknotę i ból z jej wnętrza.Już nigdy nie ujrzy mamy ani siostry.To i tak miało nastąpić, ale za dwa miesiące.Było tyle czasu, a Sorunn go odebrała.
     Zaczęła unosić się w górę.Powietrze wokół niej zaczęło się elektryzować i niebezpiecznie zagęszczać.Gdy palce stóp ledwie dotykały dachówek, wyglądała zupełnie inaczej.Czarne ciuchy znów się na nią wdarły, a trzewiki samoistnie zacisnęły wokół łydki.Po rozpuszczonych włosach skakały iskry.W duszy gniew i pustka stłumiły wszelkie uczucia.Z jej ust wyrwały się tylko trzy słowa przepełnione goryczą:
-Gdzie jest Sorunn?
     W porę jednak Aries sprowadził ją na ziemię, używając sporo siły.Teraz trzymał nieszczęsną Yagrit w objęciach.Ta nie odwzajemniła uścisku, a pusto wpatrywała się w dal.
-Nie przejmuj się dziewczyno.Zachowaj siły na później.Obiecuję ci, obiecuję...-teraz miał ścisk w gardle.- Obiecuję, że zadbam o to, byś ją zabiła.

*
     Resztę wczorajszego dnia przepiła w karczmie.Ponoć poznała parę osób, ale rano w pamięci zastała dziurę.Definitywnie potrzeba odpoczynku, snu, a przede wszystkim świata zewnętrznego.Pięknej Anglii, Londynu, klimatycznej dzielnicy Camden, w której mieszkała.Big Bena, widoku na Buckingham Palace, dnia św.Patryka...Wszystko to przywołało wspomnienia.
     Drewniana ława nie była zbyt wygodna, a co dopiero kamienna podłoga, na której spała pół nocy, dopóki Aries jej nie przeniósł do górnego pokoju.Oczy zapewne miała czerwone od płaczu, i nos jak pijak, ale rozpacz wygrywała z każdą myślą o ogarnięciu się.
-Yagrit, wiem, co przechodzisz.Każdy z nas tak miał.Powinno ci przejść mniej więcej po tygodniu...
-Faceci są beznadziejni. -odpowiedziała, i obróciła się na drugi bok.- Nie rozumiesz.Spłycasz sprawę.To, że rozpacz minie, nigdy nie zabije we mnie pierwiastka świata zewnętrznego...To...
     W pół zdania wdarł się płacz, przerywając rozmowę.
-Przyniosłem ci trochę specyfików od mojej przyjaciółki.Trzymaj się.Przyjdę tu za parę godzin.
     O mały stolik stuknęły buteleczki, potem tylko trzask drzwi i cisza.Postanowiła wypić zawartość każdego naczynia.Może jej to coś da, może nie.Trudno -co nie zabije to wzmocni.
     Na pierwszy żywioł poszła fiolka z fioletowym płynem, który smakował słodko, aczkolwiek był lepki i nieprzyjemny.Potem szklana, prosta butelka z pomarańczowymi oparami w środku.To się wdycha, połyka, czy co?W oczy piekło, połknąć się nie dało, w nosie kręciło, więc pozostała tylko skóra.Yagrit skierowała naczynie przed twarz, poziomo.Opary jak żywe zwierzę wyleciały, owinęły twarz i ulotniły się, zostawiając po sobie miłe uczucie odprężenia.Zawartość trzeciej butelki to była zwykła woda aloesowa, która nadrabiała braki w witaminach i była przyjemna w smaku.Czwarta substancja była niezwykle dziwna -miała konsystencję smoły, ale mieniła się kolorami tęczy.Wlana do ust, spływała lekko jak woda.Z pozoru niegroźna ciecz, jednakże okazała się niebezpieczna.Omamiła mózg, w miejsce rozpaczy wprowadzając szczęście i spokój, i wymazała przykre wspomnienia.
     Yagrit zadowolona życiem, z uśmiechem na twarzy wyszła z pomieszczenia.
-Wiedziałem, że długo nie wytrzymasz. -Aries stał ucieszony tuż pod drzwiami.- Chodźmy, muszę cię zapoznać z twoim wybawicielem.
     Było już późne popołudnie, ciepłe i miłe ciału.Rozmawiając o Laergardzie szli razem między kamieniczkami, przez plac, minęli targowisko, kawałek plaży,sporo karczm.Aż w końcu dotarli na miejsce.Przed nimi stała z pozoru zapyziała kuźnia, a obok niej stajnia.Wszędzie pajęczyny, nieudolnie doklejone kamienie na ścianach, słoma witała już od progu, a widły i miotły bezwstydnie zawalały wejście.
     W środku było duszno, panował skwar i chaos.Rozgrzany miech sapał przy palenisku, na kowadle stygły podkowy, z wiader wypełnionych wodą unosiła się para wodna, tworząc obłoki przesłaniające widok.Po podłodze walały się kawałki żelaza i drewna.Na jednej ze ścian w idealnym stanie wisiały masywne młoty, mniejsze i większe kleszcze, spory pilnik i przecinak.Obok glinianego pieca stał dzban z oliwą.Jednakże nie było widać żywej duszy.
-Hej, Halla! Jesteś tu? -zawołał Aries.
-Jestem, jestem! -odpowiedział damski głos przepełniony entuzjazmem.- Jak się ma twoja koleżanka?Jak jej tam...Yagret,Greta,Yarita?
-Blisko.Nazywam się Yagrit, wybawicielko.
     Zza kłębów dymu wyszła wysoka postać.Wyglądała dosyć osobliwie.Ruda, kręcona szopa na głowie, oliwkowa skóra umazana węglem, wysportowane ciało, na twarzy szeroki uśmiech.Ubrana była w zamszowo-skórzaną spódniczkę z przecięciami na udach, top z takiego samego materiału, również przecięty po bokach.Przy pasku z okrągłymi ćwiekami miała przytroczony średniej wielkości młot, a na rękach ogromne kowalskie rękawice.Sprawiała wrażenie osoby miłej i optymistycznej.
-Wybaczcie, że musieliście czekać, ale przetapiałam srebro na podkowy.-powiedziała po chwili- I wybaczcie mi tą nieuprzejmość, ale znów musicie poczekać, ale mam pilne zamówienie, i muszę je wykonać jeszcze dzisiaj.Zasiądźcie przy stole.Ah, zaraz to odczepię.
     Podeszła do dużego, dębowego stołu, i jednym uderzeniem w korbkę ściągnęła ciężkie, metalowe imadło.Tym gestem zadziwiła Yagrit do granic możliwości.Zachichotała cicho, i zabrała się do pracy.
     Wzięła podkowy z kowadła, i jedną po drugiej zanurzała w misce ze srebrem, czekała chwilę i wkładała do wody.Po drodze wprawiała miech w ruch, wrzucała nowe kawałki żelaza do paleniska, przekuwała coś na kowadle, dolewała oliwy do ognia i robiła jeszcze tysiąc innych rzeczy.Halla to naprawdę obrotna osoba.
-Chodźcie za mną. -powiedziała, i skierowała się za najbliższe drzwi.
     Było to przejście do stajni.Zupełnie innej, niż wnętrze kuźni.W środku było czysto i schludnie.Okna były umyte, siano w rogu spakowane w kostki, pasze w zawiązanych workach, uprzęże lśniące i równo powieszone.Powietrze było lekkie i przyjemne.Po lewej stronie były cztery boksy wykonane z jasnego drewna z żelaznymi zdobieniami, a każdy z nich zadbany i przestronny.
     Halla podeszła do pierwszego z nich, i wyprowadziła pięknego, śnieżnobiałego rumaka z niebotycznie długą grzywą i ogonem.Z kieszeni wyjęła jedną z posrebrzanych podków, i przyłożyła do przedniego kopyta.Z uznaniem pokiwała głową.
-Poznajcie Irimę, moją stałą klientkę.Jest dosyć kapryśna i zachowuje się jak księżniczka, ale nie da się jej nie lubić.Jej właścicielką jest Meredith, Lady Lord Wiosny.Nie mam pojęcia, dlaczego taka osobistość wybrała moją malutką kuźnię, ale jestem szczęśliwa z tego powodu.-powiedziała zadowolona- Zaraz będę kuć konia, i potrzebuję spokoju.Stajenka nie jest zbyt duża, ale możecie się rozejrzeć.
-Yagrit, pójdę do kuźni, nie będę się tu pałętać.Rozejrzyj się i wróć w razie czego. -rzucił Aries.
     Zgodnie ze wskazaniami przeszła się po stajni.Na drzwiach drugiego boksu powieszone były żelazne literki:ARTE, które zapewne oznaczały imię konia.W środku a i owszem, był koń -lub raczej przerośnięty kuc.Brązowe oczy wyglądały przyjaźnie spod czarnej, równo przyciętej grzywki.Na widok dziewczyny gniadosz zarżał cicho i delikatnie, poruszając chrapami, po czym przeniósł uwagę na porcję owsa w żłobie.W trzecim boksie znajdował się ogromny, kary koń.Nerwowo chodził w tę i wewtę, zamiatając ogonem.Po chwili z jego pyska wyrwał się głośny, jakby zniecierpliwiony dźwięk, który można było bardziej nazwać rykiem niż rżeniem.
-Cicho, Bruyant, już dostałeś żarcie! -krzyknęła Halla, i koń cicho zaszył się w kąt.
     W ostatnim boksie znajdowała się piękna, siwa jabłkowita klaczka z czekoladowym źrebakiem.Była proporcjonalna, nie za duża nie za mała, miała nieprzyciętą grzywę i ogon, a na nogach skarpetki sięgające aż nadgarstków.Jej dziecię natomiast było kasztanowate, z dużą głową i kończynami.Próbowało nieudolnie fikać, kończąc z rozjechanymi nogami na podłożu.Na boksie widniał napis "Alliè", a pod spodem dopisany węglem "Avertir".Te imiona brzmiały tak...
-Jeżeli pytasz, jestem francuzką. -powiedziała kowalka, która skończyła już swoją robotę.- Tkwię tu od bardzo dawna, ale nie zapominam o tym, kim jestem.A ty?

środa, 1 kwietnia 2015

Rozdział 13

     Aries rzucił się na nią z mieczem.Był w zbroi ze skórzanych łusek i miał dwa pasy przecinające talię w pół, na których wisiały sztylety.Zewsząd okalały go płomienie, które wdarły się do jego oczu i na ostrze.Ze spokojnego szatyna przerodził się w istną bestię, gotową zabić kata.
     Różowe oczy spojrzały na niego z pogardą, opalona ręka zamachnęła kosturem, i chłopak został unicestwiony.Przygnieciony do kostki brukowej, napinał wszystkie mięśnie usiłując wstać.Ogień wirował, przybierał barwę szkarłatu, tańczył wokół laergardczyka, ale nie był w stanie sprawić, by ten się podniósł.
     Ten widok przyprawił Yagrit o złość -pełną, czystą, nienawistną.Poczuła coś, czego nigdy wcześniej nie doznała.Jej ciało wypełniała niespożytkowana energia, dotąd nieznana.Linki spinające włosy w kitkę nie wytrzymały napięcia, i pękły, a spętane dotąd włosy spłynęły po plecach i ramionach.W oczach była iskra wściekłości, która napędzała cały mechanizm.Ból w głowie narastał, powoli zajmując miejsce tego silnego uczucia.Krew w żyłach pulsowała, serce biło coraz szybciej.Białowłosa skierowała kostur w jej stronę.Czy to koniec?Z pewnością nie.Różowe światło wypłynęło z dębowego drewna, i przeszyło ją na wskroś.Wokół było pełno dymu, delikatnego, białego, zupełnie niewinnego.Sorunn odwróciła się w stronę ludu.
-I tak oto wyrok został spełniony.Nie żyje Yagrit, beta testerka, która siłą wtargnęła do naszego świata, i zniszczyła porządek.Już nie powróci.To czar zabijający avatar, którym jesteśmy.Na zawsze.
     Tłum zaczął się odwracać, by odejść w swoją stronę.Takie egzekucje widocznie nikogo nie dziwiły.Aries stał bezradny.Ileż to razy widział testy śmierci na wstawkach systemu?Ileż razy go to nie bolało?Poszedł głębiej i nagle stało się coś, czego pani oficer z pewnością się nie spodziewała.
     Naraz po cząsteczkach dymu zaczęły skakać iskry.Białe, żółte, duże i mniejsze.Stopniowo przeradzały się one w pioruny i błyskawice.Z tego motłochu zaczęła się podnosić postać -chuda, ubrana w czarną pelerynę, z lśniącym mieczem w ręku i rozwianymi włosami.Po placu zaczął się roznosić delikatny a zarazem złowieszczy śmiech.Sorunn odwróciła się, i wytrzeszczyła oczy.
-Tak, oto ja, Yagrit Alagos, zrodzona na nowo. -jej oczy niosły ogromny ładunek wściekłości- Niech zlękną się ci, którzy uwierzyli w moją śmierć.Niech umrze ta, która myślała, że mnie zabije.

*
-Szybko, masaż serca!Tlen, dajcie mi tlen! -krzyczał lekarz- Tracimy ją, teraz!
     Personel uwijał się najszybciej jak mógł, wszyscy zostali postawieni w stan najwyższej gotowości.Ale jej już nie było.Trafiła do świata, dla którego się urodziła.Jest już cząstką tamtej rzeczywistości, elementem gry.
     Po chwili nikt już nic nie robił.Aparatura została odpięta, a pielęgniarki ze smętnymi minami kręciły się po sali.Lekarz nakrył ciało prześcieradłem.Anna Bracken została wymazana z rzeczywistości.Nikt nie ujrzy już numeru piątego.

*
     Patrzyła się w sufit oświetlony blaskiem księżyca, który wdzierał się przez okno.W głowie pulsowała krew, ciało było nieruchome z bólu, a usta spierzchnięte i łaknące wody.Z wczorajszego dnia pamiętała tylko spięcia elektryczne, szał i różowookiego kata.Nie była w stanie dalej myśleć, bo dopadł ją sen.
     Gdy obudziła się ponownie, było zupełnie jasno.Promyki słońca wlewały się przez okno, oświetlając pokój.Życie Laergardu rozwinęło się na dobre -na ulicach głośno terkotały wozy, słychać było stukot kopyt,śmiechy i grę na skrzypcach.Nie było słychać szumu fal, bo ten był zbyt słaby, żeby się przedrzeć przez odgłosy miasta.
     Ból ciała minął prawie zupełnie, więc wstała z łóżka.Rozejrzała się dokładnie oceniając sytuację -małe pomieszczenie z masą roślin, jednym łóżkiem i dopalającym się kadzidełkiem o zapachu lawendy.Jak na górne piętro karczmy było tu zbyt cicho, więc musiał to być czyjś dom.
     Zeszła na dół po wąskich schodach ze szklanych kafelków, mijając trzy niewielkie okienka z widokiem na morze.Poręcz, której się trzymała była pokryta srebrem, lub czymś podobnym.Do końca drogi zostały jej zaledwie trzy stopnie, i spore lustro na ścianie.A w lustrze zupełnie niepodobna dziewczyna...brunatne, dwa razy dłuższe włosy poprzetykane spalonymi, czarnymi pasmami, aksamitny płaszcz o kolorze kruka, taka sama suknia pod spodem i wysokie do kolan wiązane trzewiki na niewielkim obcasie.
     Za zakrętem kończącym schody ukazał się salon.A raczej salonik, mały i klimatyczny, połączony z kuchnią pełną syczących garnków i czajników.Na ścianach była biała tapeta w szare wzorki, i -tak jak poprzednio w pokoju- wszędzie porozwieszane kwiaty.Coś jej to przypominało.
-Kochaneczko, już wstałaś! Mówże, jak się czujesz? Czegoś ci trzeba? -to staruszka z butiku przy placu.- Zapomniałabym! Przyniósł cię tutaj ten uroczy chłopak -powiedziała, wskazując na kanapę.- Wspominał coś o tym, że mam go obudzić gdy wstaniesz, ale jak go sen wczoraj zmorzył tak śpi, niechaj więc sobie śpi!
-Dziękuję pani bardzo, czuję się całkiem dobrze, niczego mi nie trzeba.No, może tylko innych ciuchów. -popatrzyła po sobie litościwie- I wyjaśnienia, co wczoraj zaszło.
-Ugotowałam ci zupę rybną, siadaj i jedz! Myślę, że wszystko ci wyjaśni ten młodzieniec, o ile kiedyś wstanie. -na chwilę zamyśliła się- To chyba nietaktowne, ale w takim wypadku możesz go obudzić.Ciuchy zaraz naszykuję, nie bój się nic.Tymczasem zrzuć ten płaszcz.
     Yagrit podeszła od tyłu kanapy, i spojrzała na szatyna.Spał snem spokojnym, głębokim.Wśród miękkich poduszek wyglądał...słodko?To tylko chłopak, który się bił na placu, powiedział mi komplement, i zaniósł tutaj.Tylko tyle.Pochyliła się by go obudzić, przy okazji okrywając go częścią płaszcza, który miała na sobie.Zanim wypowiedziała jakiekolwiek słowo, chłopak błyskawicznie otworzył oczy i podniósł się równie szybko, ciągnąc poły wraz z dziewczyną w swoją stronę.
     Teraz leżała na nim ze zszokowaną miną i wypiekami na twarzy.Jego policzki stały się równie czerwone.Oboje mieli wytrzeszczone oczy i byli zaskoczeni.
-Zawsze tak wstajesz, Aries? -Yagrit starała się obrócić sytuację w żart.W oddali słychać było bezlitosny chichot starszej pani.Płaszcz zawinął się tak niefortunnie, że gdy dziewczyna chciała wstać, spadła na ziemię.W porę złapał ją szatyn -gdyby nie on, miałaby rozwaloną głowę o kant szklanej ławy.
-Chyba wstawanie idzie mi lepiej, niż tobie schodzenie z kanapy. -odpowiedział.Ich twarze płonęły, nieudolnie uśmiechając się.Sytuację uratowała staruszka.
-Zupa na stole!Chodźcie już, bo wystygnie!Przy okazji wyjaśnicie sobie wszystko.
    Gdy Yagrit szła w stronę stołu, o jej nogę coś się otarło.Nie był to kot ani pies, ale...smok?! Pisnęła cicho.Mimo, iż uwielbiała smoki, to do tej pory widziała same duże okazy.Ten tutaj był wyjątkowo mały, więc było to czymś odmiennym.Po chwili gad wzbił się w powietrze, siadając na jej ramieniu.
-Ooo, widzę, że zapoznałaś się już z Dendrytem! To uroczy smoczek, obecnie przebywa u mnie.Chowam go przed władzami alfa testerów.Pochodzi z nielegalnej hodowli mojej córki, Any.W zamian za to ona przechowuje mojego smoka.Bo musisz wiedzieć, że mój Helimerion jest zbyt duży, żeby mieszkać w kamienicy przy placu głównym...
     Staruszka rozpoczęła swój wywód, i skończyła wraz z ostatnią łyżką zupy.W gruncie czego Aries nie zdołał niczego wytłumaczyć, więc wszystko zostało tak samo skomplikowane jak w chwili, kiedy Yagrit wstała z łóżka.Po posiłku wszyscy podziękowali i pozmywali naczynia.
-Tereso, dziękujemy za jedzenie.Zupa pyszna jak zawsze.A teraz pozwól, że wyjdziemy z...ekhm...z twojego domu. -powiedział szatyn, i jakby nigdy nic podszedł do okna.
-Chłopcze, gdzie twoje maniery!Dama nie wyjdzie oknem przecież.
-Ty także zapomniałaś o manierach, nie przedstawiając się. -skwitował chłopak.
-Spokojnie, do damy mi raczej daleko -podeszła do okna- Ale dziękuję za obiad.Ciuchy sama wykombinuję, już wystarczająco dużo dla mnie pani zrobiła.
-Kochaneczko, masz już je w swoich itemach.Ta gra to nie życie, ale też ma swoje plusy. -puściła oko, a zza jej bordowej kamizelki wyjrzał równie bordowy diament.

Rozdział 12

     Lato było zupełnie inne.Co prawda wejście zaczynało się tak samo jak Wiosna, ale utrzymywało ten stan aż po brzegi lazurowego morza.Wyglądało na to, że struktura pór roku jest identyczna, tylko ma inną otoczkę.W Lecie bowiem znajdowało się ogromne miasto porośnięte zielenią, z bialutkimi kamieniczkami i kostką brukową.Targi i stragany nie były upchane na brzegach wąskich ulic, za to miały swoje miejsce na drugim poziomie grodu.Mieszkańcy miasta różnili się znacznie od wiosennych wstawek systemu.Każdy tutaj był chodzącą paletą barw -przed oczami przewijały się szafiry, burgundy, błękity- w Wiośnie natomiast przeważał wyblakły róż, fiolet i brąz, z nutką brudnej bieli.Wszystko tutaj sprawiało wrażenie porządku i spokoju.
     Słońce grzało mocno, więc jej zimowe ciuchy na niewiele się zdały.Zrzuciła przegrzane futro, a cholewy kozaków wywinęła najmocniej jak się dało.Włosy spięła w wysoki kucyk, mimo to spływały one falami po ramionach i plecach, ogrzewając ją niemiłosiernie, a odkryty, bladoniebieski diament połyskiwał na jej szyi zupełnie bezwstydnie.
     Wrażenie ogólnego spokoju w mieście zniknęło za rogiem, w przejściu na plac główny.W samym jego centrum potyczkowało się dwóch chłopaków -jeden blondyn, drugi szatyn z zarostem.Pierwszy był nieznacznie młodszy i niższy, za to o wiele zwinniejszy, natomiast drugi posiadał więcej masy mięśniowej.
-Odetnę ci ten zakuty łeb, Ariesie! -krzyknął chłopak.Tarli mieczami niezbyt agresywnie, za to efektownie.
-Chciałbym to widzieć, drogi Herianie! -odparł szatyn.Ostrza skrzyżowały się tym razem tak silnie, że stali twarzą w twarz, wykrzywiając się w uśmiechu.Blondyn odskoczył, po czym ciął go w bok, ale silne ramię sparowało cios.Przypominało to zabawę w kotka i myszkę.Młodszy chłopak skakał tu i tam, zataczał kręgi, a straszy z nich prawie nie zmieniał położenia, jednak starał się za nim nadążyć.
-Psst, kochaneczko, chodź no tu do mnie!
     Miła starsza pani wyjrzała zza jej ramienia, szeroko się uśmiechając.Yagrit wzdrygnęła się na ten widok.
-Na pewno jest ci gorąco w tym co nosisz.Zajrzyj no do mojego sklepu, coś ci wynajdziemy!
-Dziękuję, jednakże nie mam pieniędzy. -odparła zmartwiona dziewczyna.
-Grzechem byłoby się nie zlitować! Zapraszam do mnie, to tu za rogiem!
     Faktycznie, nie kłamała.To było coś na rodzaj tutejszego butiku.Nie był zbyt duży, za to pięknie urządzony.Sprawiał wrażenie serca natury, bowiem wszystkie ściany okalał wieniec zieleni.Pod ścianą znajdowała się kanapa, mały stolik i krzesełko.Naprzeciwko były dwie metalowe ścianki, mające służyć za przebieralnię.Staruszka kazała jej wejść pomiędzy nie, i cierpliwie czekać.Kobieta najwidoczniej miała dobre wyczucie stylu, ponieważ wybrała dla Yagrit białą, zwiewną sukienkę z bladoniebieskim paskiem w talii i wiązane sandały w takich samych kolorach.Na koniec zupełnie bez proszenia nałożyła oliwę na jej włosy, by lśniły i wyglądały zdrowo.
-Ja nie wiem, naprawdę, jak mam pani dziękować -pokłoniła się w geście wdzięczności.- Jeżeli kiedykolwiek potrzebowałaby pani pomocy, zwą mnie Yagrit. -staruszka rozchichotała się tylko, i bąknęła, że nie ma problemu i że to przyjemność.
     Walka na placu widocznie się skończyła, ponieważ tłum gapiów się rozszedł zostawiając obu panów na środku.Oboje opierali się o miecze, dyszeli i śmiali się do siebie.Szatyn miał duże rozcięcie na plecach i był bez koszuli, a zza ubrania blondyna wyglądała seria krótkich, ale agresywnych cięć.
     Musiała wyglądać dziwnie, patrząc się na nich w osłupieniu, ponieważ mężczyźni zaczęli również na nią spoglądać.Uznała, że w tym momencie odejście byłoby dosyć nieeleganckie, ale spanikowała pod spojrzeniem zielonych oczu szatyna i udała się na lewo, wprost w stronę morza.Na początku starała się zachować spokój, ale po chwili zaczęła biec, wciskając się między ludzi.Gdy już miała przeskoczyć krawężnik łączący miasto z plażą, ktoś złapał ją za ramię.Zamiast patrzeć pod nogi obróciła się...i potknęła.Już miała upaść prosto w piach, kiedy ktoś przytulił ją do siebie, i bezpiecznie przeturlał prawie do połowy plaży.
     Gdy otworzyła oczy nie zobaczyła kamyków, muszelek, czy fal morza, ale ciało.Opalone, lśniące, należące do mężczyzny.Trzymała dłonie na jego klatce piersiowej, ale bała się spojrzeć mu w oczy.Oblała się rumieńcem, i czekała na pierwszy ruch.
     Szatyn podniósł ją na tyle, żeby mogła usiąść, i oprzeć się o piach.Podniosła wzrok, i to były one -piękne, zielone oczy.Była oszołomiona tym co zaszło.Jej długie włosy oplatały się wokół szyi, niczym pętla uniemożliwiająca mówienie.Niezręczny moment przerwał krzyk blondyna.
-Hej, Aries, nie podrywaj wstawek, dobrze? -zaśmiał się.- Cokolwiek zrobisz, ona i tak tego nie zapamięta, a i nic ci z tego nie przyjdzie.
-To najpiękniejszy urok Laergardu jaki w życiu widziałem. -odparł chłopak, podnosząc się z piachu.
-Nie praw jej komplementów, to ci nic nie da.Zrozum to wreszcie.
     Odzyskała głos dopiero gdy obaj stali do niej plecami z zamiarem odejścia.
-Nie jestem wstawką systemu. -powiedziała, odwijając włosy z szyi.- Proszę, macie dowód.Nazywam się Yagrit, i szukam osoby o imieniu Sorunn.
     Na kark szatyna wdarła się czerwień, więc z pewnością to samo zdarzyło się na twarzy.Odwrócił się tylko blondyn, ze zmieszaną miną.
-Dobrze, zaprowadzimy cię tam.Czegokolwiek potrzebujesz, możesz liczyć na rdzennych Laergardczyków.Laer nigdy nie zostawi nikogo w potrzebie.

*
     Karczma była identyczna jak w Wiośnie.Te same stoły, ławy, lada i ruszt, jednak to miejsce było znacznie większe, a w środku panował jeszcze większy gwar i ruch.Pierwszy wszedł Herian, drugi Aries, a na samym końcu Yagrit -Sorunn, trzy zimne wina proszę!- krzyknął szatyn.Widocznie był rozpoznawalny, ponieważ znajomi z diamentami w szyjach poklepywali go i witali wesoło.Jeden z nich, o włosach koloru miedzi zauważył jego nową towarzyszkę, i z uznaniem zagwizdał.
-No no, Aries, ładna wstawka! -zaczął do siebie przyciągać Yagrit- Gdzie taką zna....
     Sztylet wylądował tuż przed nosem zuchwałego chłopaka.
-Ona nie jest wstawką.Patrz, ślepcu, ma diament w szyi.Nie radzę ci jej dotykać.
     Miedziak chyba zrozumiał przekaz, bo uniósł ręce w geście poddania się, i przeniósł wzrok na kielich wina, który podała mu białowłosa dziewka.
-Przepraszamy cię za niego.Zechciej dołączyć do naszych skromnych biesiad. -powiedziała do niej.- Z jakiego oddziału jesteś?Nigdy cię tu nie widziałam.
-Właśnie o tym musimy pomówić.My we dwie, sam na sam.
     Dziewczyna była mocno zbita z tropu, ale odłożyła tacę, zdjęła fartuch i skierowała się w górę po schodach, zachęcając Yagrit by zrobiła to samo.Weszły do małego pokoju zawalonego gratami różnej maści.Wszędzie piętrzyły się stosy kartek, a jedynym wolnym miejscem była sterta poduszek.
-Nie bardzo rozumiem, co się dzieje, ale mów o co chodzi.Jak cię zwą?
-Yagrit.Przysłała mnie Aldev. -na dźwięk tego imienia Sorunn rozpogodziła się.
-Oh, czyżbyś była zgubą?Jakąś zagubioną alfą?Zaraz wszystko zapiszę...
-Nie potrzeba.Ta historia...jest zupełnie inna.Nie wiem, komu ufać a komu nie, ale zostałam tu odesłana, więc opowiem wszystko.
     Od słowa do słowa -najpierw przez trafienie do Świata Smoków, przez przecięcie płaszcza i uśmiercenie Ramonesa, Fanagard, aż do Laergardu- wyraz twarzy białowłosej przybierał coraz ciemniejsze barwy.Gdy opowieść dobiegła końca, dotychczas szare oczy przybrały kolor granitu, a w nich skrzyła się iskra niezadowolenia.Włosy spadające po ramionach białymi kaskadami wyglądały złowrogo, mięśnie na karku napięły się, a obojczyki zakrzywiły w dół.Jeszcze żadna osoba, którą Yagrit widziała w życiu, nie była tak zła i cicha jednocześnie.
-Sytuacja wygląda źle, bardzo źle.Jesteś betą, zabiłaś nasz łącznik ze światem zewnętrznym, i siedzisz w Laergardzie.Obawiam się, że mogę ci pomóc tylko w jeden sposób.
     Wstała powoli, spokojnie i z opanowaniem.W jej ręku pojawił się duży kostur, przyodziany w świecące, różowe kulki.Oczy dopasowały się do kulek, a włosy zaplotły samoistnie w warkocz przypominający wodospad.Z chmury dymu, która zgromadziła się wokół szyi, spadł czarny, aksamitny płaszcz, a pod nim czarna suknia.Bez słowa skinęła głową, i wyszła z pokoju, a Yagrit za nią.
     Gdy zeszły do karczmy, zapadła grobowa cisza.Słychać było tylko stukot ich butów i mięso skwierczące na ruszcie w oddali.Ludzie patrzyli się z osłupieniem na Sorunn, i jej długi, drewniany kostur.Ta podniosła wyżej głowę, i wyszła.
     Dwie postacie stały już na placu głównym, a wokół nich tłum biesiadników z karczmy "Pod Jarzębiną".Wszyscy ze smutnymi minami, z wyjątkiem szatyna, który stał najbliżej, kipiąc ze złości -ale nie odważył się poruszyć.
     Białowłosa dziewczyna z obojętną miną zaczęła przemowę:
-Ja, Sorunn Larehfen, rdzenna Laergardczynka, magiczka i oficer oddziału zwiadowców z rodziny alf, oficjalnie w blasku Laergardzkiego Słońca i obecności Czystego Morza, skazuję cię na śmierć.