Różowe oczy spojrzały na niego z pogardą, opalona ręka zamachnęła kosturem, i chłopak został unicestwiony.Przygnieciony do kostki brukowej, napinał wszystkie mięśnie usiłując wstać.Ogień wirował, przybierał barwę szkarłatu, tańczył wokół laergardczyka, ale nie był w stanie sprawić, by ten się podniósł.
Ten widok przyprawił Yagrit o złość -pełną, czystą, nienawistną.Poczuła coś, czego nigdy wcześniej nie doznała.Jej ciało wypełniała niespożytkowana energia, dotąd nieznana.Linki spinające włosy w kitkę nie wytrzymały napięcia, i pękły, a spętane dotąd włosy spłynęły po plecach i ramionach.W oczach była iskra wściekłości, która napędzała cały mechanizm.Ból w głowie narastał, powoli zajmując miejsce tego silnego uczucia.Krew w żyłach pulsowała, serce biło coraz szybciej.Białowłosa skierowała kostur w jej stronę.Czy to koniec?Z pewnością nie.Różowe światło wypłynęło z dębowego drewna, i przeszyło ją na wskroś.Wokół było pełno dymu, delikatnego, białego, zupełnie niewinnego.Sorunn odwróciła się w stronę ludu.
-I tak oto wyrok został spełniony.Nie żyje Yagrit, beta testerka, która siłą wtargnęła do naszego świata, i zniszczyła porządek.Już nie powróci.To czar zabijający avatar, którym jesteśmy.Na zawsze.
Tłum zaczął się odwracać, by odejść w swoją stronę.Takie egzekucje widocznie nikogo nie dziwiły.Aries stał bezradny.Ileż to razy widział testy śmierci na wstawkach systemu?Ileż razy go to nie bolało?Poszedł głębiej i nagle stało się coś, czego pani oficer z pewnością się nie spodziewała.
Naraz po cząsteczkach dymu zaczęły skakać iskry.Białe, żółte, duże i mniejsze.Stopniowo przeradzały się one w pioruny i błyskawice.Z tego motłochu zaczęła się podnosić postać -chuda, ubrana w czarną pelerynę, z lśniącym mieczem w ręku i rozwianymi włosami.Po placu zaczął się roznosić delikatny a zarazem złowieszczy śmiech.Sorunn odwróciła się, i wytrzeszczyła oczy.
-Tak, oto ja, Yagrit Alagos, zrodzona na nowo. -jej oczy niosły ogromny ładunek wściekłości- Niech zlękną się ci, którzy uwierzyli w moją śmierć.Niech umrze ta, która myślała, że mnie zabije.
*
-Szybko, masaż serca!Tlen, dajcie mi tlen! -krzyczał lekarz- Tracimy ją, teraz!Personel uwijał się najszybciej jak mógł, wszyscy zostali postawieni w stan najwyższej gotowości.Ale jej już nie było.Trafiła do świata, dla którego się urodziła.Jest już cząstką tamtej rzeczywistości, elementem gry.
Po chwili nikt już nic nie robił.Aparatura została odpięta, a pielęgniarki ze smętnymi minami kręciły się po sali.Lekarz nakrył ciało prześcieradłem.Anna Bracken została wymazana z rzeczywistości.Nikt nie ujrzy już numeru piątego.
*
Patrzyła się w sufit oświetlony blaskiem księżyca, który wdzierał się przez okno.W głowie pulsowała krew, ciało było nieruchome z bólu, a usta spierzchnięte i łaknące wody.Z wczorajszego dnia pamiętała tylko spięcia elektryczne, szał i różowookiego kata.Nie była w stanie dalej myśleć, bo dopadł ją sen.Gdy obudziła się ponownie, było zupełnie jasno.Promyki słońca wlewały się przez okno, oświetlając pokój.Życie Laergardu rozwinęło się na dobre -na ulicach głośno terkotały wozy, słychać było stukot kopyt,śmiechy i grę na skrzypcach.Nie było słychać szumu fal, bo ten był zbyt słaby, żeby się przedrzeć przez odgłosy miasta.
Ból ciała minął prawie zupełnie, więc wstała z łóżka.Rozejrzała się dokładnie oceniając sytuację -małe pomieszczenie z masą roślin, jednym łóżkiem i dopalającym się kadzidełkiem o zapachu lawendy.Jak na górne piętro karczmy było tu zbyt cicho, więc musiał to być czyjś dom.
Zeszła na dół po wąskich schodach ze szklanych kafelków, mijając trzy niewielkie okienka z widokiem na morze.Poręcz, której się trzymała była pokryta srebrem, lub czymś podobnym.Do końca drogi zostały jej zaledwie trzy stopnie, i spore lustro na ścianie.A w lustrze zupełnie niepodobna dziewczyna...brunatne, dwa razy dłuższe włosy poprzetykane spalonymi, czarnymi pasmami, aksamitny płaszcz o kolorze kruka, taka sama suknia pod spodem i wysokie do kolan wiązane trzewiki na niewielkim obcasie.
Za zakrętem kończącym schody ukazał się salon.A raczej salonik, mały i klimatyczny, połączony z kuchnią pełną syczących garnków i czajników.Na ścianach była biała tapeta w szare wzorki, i -tak jak poprzednio w pokoju- wszędzie porozwieszane kwiaty.Coś jej to przypominało.
-Kochaneczko, już wstałaś! Mówże, jak się czujesz? Czegoś ci trzeba? -to staruszka z butiku przy placu.- Zapomniałabym! Przyniósł cię tutaj ten uroczy chłopak -powiedziała, wskazując na kanapę.- Wspominał coś o tym, że mam go obudzić gdy wstaniesz, ale jak go sen wczoraj zmorzył tak śpi, niechaj więc sobie śpi!
-Dziękuję pani bardzo, czuję się całkiem dobrze, niczego mi nie trzeba.No, może tylko innych ciuchów. -popatrzyła po sobie litościwie- I wyjaśnienia, co wczoraj zaszło.
-Ugotowałam ci zupę rybną, siadaj i jedz! Myślę, że wszystko ci wyjaśni ten młodzieniec, o ile kiedyś wstanie. -na chwilę zamyśliła się- To chyba nietaktowne, ale w takim wypadku możesz go obudzić.Ciuchy zaraz naszykuję, nie bój się nic.Tymczasem zrzuć ten płaszcz.
Yagrit podeszła od tyłu kanapy, i spojrzała na szatyna.Spał snem spokojnym, głębokim.Wśród miękkich poduszek wyglądał...słodko?To tylko chłopak, który się bił na placu, powiedział mi komplement, i zaniósł tutaj.Tylko tyle.Pochyliła się by go obudzić, przy okazji okrywając go częścią płaszcza, który miała na sobie.Zanim wypowiedziała jakiekolwiek słowo, chłopak błyskawicznie otworzył oczy i podniósł się równie szybko, ciągnąc poły wraz z dziewczyną w swoją stronę.
Teraz leżała na nim ze zszokowaną miną i wypiekami na twarzy.Jego policzki stały się równie czerwone.Oboje mieli wytrzeszczone oczy i byli zaskoczeni.
-Zawsze tak wstajesz, Aries? -Yagrit starała się obrócić sytuację w żart.W oddali słychać było bezlitosny chichot starszej pani.Płaszcz zawinął się tak niefortunnie, że gdy dziewczyna chciała wstać, spadła na ziemię.W porę złapał ją szatyn -gdyby nie on, miałaby rozwaloną głowę o kant szklanej ławy.
-Chyba wstawanie idzie mi lepiej, niż tobie schodzenie z kanapy. -odpowiedział.Ich twarze płonęły, nieudolnie uśmiechając się.Sytuację uratowała staruszka.
-Zupa na stole!Chodźcie już, bo wystygnie!Przy okazji wyjaśnicie sobie wszystko.
Gdy Yagrit szła w stronę stołu, o jej nogę coś się otarło.Nie był to kot ani pies, ale...smok?! Pisnęła cicho.Mimo, iż uwielbiała smoki, to do tej pory widziała same duże okazy.Ten tutaj był wyjątkowo mały, więc było to czymś odmiennym.Po chwili gad wzbił się w powietrze, siadając na jej ramieniu.
-Ooo, widzę, że zapoznałaś się już z Dendrytem! To uroczy smoczek, obecnie przebywa u mnie.Chowam go przed władzami alfa testerów.Pochodzi z nielegalnej hodowli mojej córki, Any.W zamian za to ona przechowuje mojego smoka.Bo musisz wiedzieć, że mój Helimerion jest zbyt duży, żeby mieszkać w kamienicy przy placu głównym...
Staruszka rozpoczęła swój wywód, i skończyła wraz z ostatnią łyżką zupy.W gruncie czego Aries nie zdołał niczego wytłumaczyć, więc wszystko zostało tak samo skomplikowane jak w chwili, kiedy Yagrit wstała z łóżka.Po posiłku wszyscy podziękowali i pozmywali naczynia.
-Tereso, dziękujemy za jedzenie.Zupa pyszna jak zawsze.A teraz pozwól, że wyjdziemy z...ekhm...z twojego domu. -powiedział szatyn, i jakby nigdy nic podszedł do okna.
-Chłopcze, gdzie twoje maniery!Dama nie wyjdzie oknem przecież.
-Ty także zapomniałaś o manierach, nie przedstawiając się. -skwitował chłopak.
-Spokojnie, do damy mi raczej daleko -podeszła do okna- Ale dziękuję za obiad.Ciuchy sama wykombinuję, już wystarczająco dużo dla mnie pani zrobiła.
-Kochaneczko, masz już je w swoich itemach.Ta gra to nie życie, ale też ma swoje plusy. -puściła oko, a zza jej bordowej kamizelki wyjrzał równie bordowy diament.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz