Słońce grzało mocno, więc jej zimowe ciuchy na niewiele się zdały.Zrzuciła przegrzane futro, a cholewy kozaków wywinęła najmocniej jak się dało.Włosy spięła w wysoki kucyk, mimo to spływały one falami po ramionach i plecach, ogrzewając ją niemiłosiernie, a odkryty, bladoniebieski diament połyskiwał na jej szyi zupełnie bezwstydnie.
Wrażenie ogólnego spokoju w mieście zniknęło za rogiem, w przejściu na plac główny.W samym jego centrum potyczkowało się dwóch chłopaków -jeden blondyn, drugi szatyn z zarostem.Pierwszy był nieznacznie młodszy i niższy, za to o wiele zwinniejszy, natomiast drugi posiadał więcej masy mięśniowej.
-Odetnę ci ten zakuty łeb, Ariesie! -krzyknął chłopak.Tarli mieczami niezbyt agresywnie, za to efektownie.
-Chciałbym to widzieć, drogi Herianie! -odparł szatyn.Ostrza skrzyżowały się tym razem tak silnie, że stali twarzą w twarz, wykrzywiając się w uśmiechu.Blondyn odskoczył, po czym ciął go w bok, ale silne ramię sparowało cios.Przypominało to zabawę w kotka i myszkę.Młodszy chłopak skakał tu i tam, zataczał kręgi, a straszy z nich prawie nie zmieniał położenia, jednak starał się za nim nadążyć.
-Psst, kochaneczko, chodź no tu do mnie!
Miła starsza pani wyjrzała zza jej ramienia, szeroko się uśmiechając.Yagrit wzdrygnęła się na ten widok.
-Na pewno jest ci gorąco w tym co nosisz.Zajrzyj no do mojego sklepu, coś ci wynajdziemy!
-Dziękuję, jednakże nie mam pieniędzy. -odparła zmartwiona dziewczyna.
-Grzechem byłoby się nie zlitować! Zapraszam do mnie, to tu za rogiem!
Faktycznie, nie kłamała.To było coś na rodzaj tutejszego butiku.Nie był zbyt duży, za to pięknie urządzony.Sprawiał wrażenie serca natury, bowiem wszystkie ściany okalał wieniec zieleni.Pod ścianą znajdowała się kanapa, mały stolik i krzesełko.Naprzeciwko były dwie metalowe ścianki, mające służyć za przebieralnię.Staruszka kazała jej wejść pomiędzy nie, i cierpliwie czekać.Kobieta najwidoczniej miała dobre wyczucie stylu, ponieważ wybrała dla Yagrit białą, zwiewną sukienkę z bladoniebieskim paskiem w talii i wiązane sandały w takich samych kolorach.Na koniec zupełnie bez proszenia nałożyła oliwę na jej włosy, by lśniły i wyglądały zdrowo.
-Ja nie wiem, naprawdę, jak mam pani dziękować -pokłoniła się w geście wdzięczności.- Jeżeli kiedykolwiek potrzebowałaby pani pomocy, zwą mnie Yagrit. -staruszka rozchichotała się tylko, i bąknęła, że nie ma problemu i że to przyjemność.
Walka na placu widocznie się skończyła, ponieważ tłum gapiów się rozszedł zostawiając obu panów na środku.Oboje opierali się o miecze, dyszeli i śmiali się do siebie.Szatyn miał duże rozcięcie na plecach i był bez koszuli, a zza ubrania blondyna wyglądała seria krótkich, ale agresywnych cięć.
Musiała wyglądać dziwnie, patrząc się na nich w osłupieniu, ponieważ mężczyźni zaczęli również na nią spoglądać.Uznała, że w tym momencie odejście byłoby dosyć nieeleganckie, ale spanikowała pod spojrzeniem zielonych oczu szatyna i udała się na lewo, wprost w stronę morza.Na początku starała się zachować spokój, ale po chwili zaczęła biec, wciskając się między ludzi.Gdy już miała przeskoczyć krawężnik łączący miasto z plażą, ktoś złapał ją za ramię.Zamiast patrzeć pod nogi obróciła się...i potknęła.Już miała upaść prosto w piach, kiedy ktoś przytulił ją do siebie, i bezpiecznie przeturlał prawie do połowy plaży.
Gdy otworzyła oczy nie zobaczyła kamyków, muszelek, czy fal morza, ale ciało.Opalone, lśniące, należące do mężczyzny.Trzymała dłonie na jego klatce piersiowej, ale bała się spojrzeć mu w oczy.Oblała się rumieńcem, i czekała na pierwszy ruch.
Szatyn podniósł ją na tyle, żeby mogła usiąść, i oprzeć się o piach.Podniosła wzrok, i to były one -piękne, zielone oczy.Była oszołomiona tym co zaszło.Jej długie włosy oplatały się wokół szyi, niczym pętla uniemożliwiająca mówienie.Niezręczny moment przerwał krzyk blondyna.
-Hej, Aries, nie podrywaj wstawek, dobrze? -zaśmiał się.- Cokolwiek zrobisz, ona i tak tego nie zapamięta, a i nic ci z tego nie przyjdzie.
-To najpiękniejszy urok Laergardu jaki w życiu widziałem. -odparł chłopak, podnosząc się z piachu.
-Nie praw jej komplementów, to ci nic nie da.Zrozum to wreszcie.
Odzyskała głos dopiero gdy obaj stali do niej plecami z zamiarem odejścia.
-Nie jestem wstawką systemu. -powiedziała, odwijając włosy z szyi.- Proszę, macie dowód.Nazywam się Yagrit, i szukam osoby o imieniu Sorunn.
Na kark szatyna wdarła się czerwień, więc z pewnością to samo zdarzyło się na twarzy.Odwrócił się tylko blondyn, ze zmieszaną miną.
-Dobrze, zaprowadzimy cię tam.Czegokolwiek potrzebujesz, możesz liczyć na rdzennych Laergardczyków.Laer nigdy nie zostawi nikogo w potrzebie.
*
Karczma była identyczna jak w Wiośnie.Te same stoły, ławy, lada i ruszt, jednak to miejsce było znacznie większe, a w środku panował jeszcze większy gwar i ruch.Pierwszy wszedł Herian, drugi Aries, a na samym końcu Yagrit -Sorunn, trzy zimne wina proszę!- krzyknął szatyn.Widocznie był rozpoznawalny, ponieważ znajomi z diamentami w szyjach poklepywali go i witali wesoło.Jeden z nich, o włosach koloru miedzi zauważył jego nową towarzyszkę, i z uznaniem zagwizdał.
-No no, Aries, ładna wstawka! -zaczął do siebie przyciągać Yagrit- Gdzie taką zna....
Sztylet wylądował tuż przed nosem zuchwałego chłopaka.
-Ona nie jest wstawką.Patrz, ślepcu, ma diament w szyi.Nie radzę ci jej dotykać.
Miedziak chyba zrozumiał przekaz, bo uniósł ręce w geście poddania się, i przeniósł wzrok na kielich wina, który podała mu białowłosa dziewka.
-Przepraszamy cię za niego.Zechciej dołączyć do naszych skromnych biesiad. -powiedziała do niej.- Z jakiego oddziału jesteś?Nigdy cię tu nie widziałam.
-Właśnie o tym musimy pomówić.My we dwie, sam na sam.
Dziewczyna była mocno zbita z tropu, ale odłożyła tacę, zdjęła fartuch i skierowała się w górę po schodach, zachęcając Yagrit by zrobiła to samo.Weszły do małego pokoju zawalonego gratami różnej maści.Wszędzie piętrzyły się stosy kartek, a jedynym wolnym miejscem była sterta poduszek.
-Nie bardzo rozumiem, co się dzieje, ale mów o co chodzi.Jak cię zwą?
-Yagrit.Przysłała mnie Aldev. -na dźwięk tego imienia Sorunn rozpogodziła się.
-Oh, czyżbyś była zgubą?Jakąś zagubioną alfą?Zaraz wszystko zapiszę...
-Nie potrzeba.Ta historia...jest zupełnie inna.Nie wiem, komu ufać a komu nie, ale zostałam tu odesłana, więc opowiem wszystko.
Od słowa do słowa -najpierw przez trafienie do Świata Smoków, przez przecięcie płaszcza i uśmiercenie Ramonesa, Fanagard, aż do Laergardu- wyraz twarzy białowłosej przybierał coraz ciemniejsze barwy.Gdy opowieść dobiegła końca, dotychczas szare oczy przybrały kolor granitu, a w nich skrzyła się iskra niezadowolenia.Włosy spadające po ramionach białymi kaskadami wyglądały złowrogo, mięśnie na karku napięły się, a obojczyki zakrzywiły w dół.Jeszcze żadna osoba, którą Yagrit widziała w życiu, nie była tak zła i cicha jednocześnie.
-Sytuacja wygląda źle, bardzo źle.Jesteś betą, zabiłaś nasz łącznik ze światem zewnętrznym, i siedzisz w Laergardzie.Obawiam się, że mogę ci pomóc tylko w jeden sposób.
Wstała powoli, spokojnie i z opanowaniem.W jej ręku pojawił się duży kostur, przyodziany w świecące, różowe kulki.Oczy dopasowały się do kulek, a włosy zaplotły samoistnie w warkocz przypominający wodospad.Z chmury dymu, która zgromadziła się wokół szyi, spadł czarny, aksamitny płaszcz, a pod nim czarna suknia.Bez słowa skinęła głową, i wyszła z pokoju, a Yagrit za nią.
Gdy zeszły do karczmy, zapadła grobowa cisza.Słychać było tylko stukot ich butów i mięso skwierczące na ruszcie w oddali.Ludzie patrzyli się z osłupieniem na Sorunn, i jej długi, drewniany kostur.Ta podniosła wyżej głowę, i wyszła.
Dwie postacie stały już na placu głównym, a wokół nich tłum biesiadników z karczmy "Pod Jarzębiną".Wszyscy ze smutnymi minami, z wyjątkiem szatyna, który stał najbliżej, kipiąc ze złości -ale nie odważył się poruszyć.
Białowłosa dziewczyna z obojętną miną zaczęła przemowę:
-Ja, Sorunn Larehfen, rdzenna Laergardczynka, magiczka i oficer oddziału zwiadowców z rodziny alf, oficjalnie w blasku Laergardzkiego Słońca i obecności Czystego Morza, skazuję cię na śmierć.
Miedziak chyba zrozumiał przekaz, bo uniósł ręce w geście poddania się, i przeniósł wzrok na kielich wina, który podała mu białowłosa dziewka.
-Przepraszamy cię za niego.Zechciej dołączyć do naszych skromnych biesiad. -powiedziała do niej.- Z jakiego oddziału jesteś?Nigdy cię tu nie widziałam.
-Właśnie o tym musimy pomówić.My we dwie, sam na sam.
Dziewczyna była mocno zbita z tropu, ale odłożyła tacę, zdjęła fartuch i skierowała się w górę po schodach, zachęcając Yagrit by zrobiła to samo.Weszły do małego pokoju zawalonego gratami różnej maści.Wszędzie piętrzyły się stosy kartek, a jedynym wolnym miejscem była sterta poduszek.
-Nie bardzo rozumiem, co się dzieje, ale mów o co chodzi.Jak cię zwą?
-Yagrit.Przysłała mnie Aldev. -na dźwięk tego imienia Sorunn rozpogodziła się.
-Oh, czyżbyś była zgubą?Jakąś zagubioną alfą?Zaraz wszystko zapiszę...
-Nie potrzeba.Ta historia...jest zupełnie inna.Nie wiem, komu ufać a komu nie, ale zostałam tu odesłana, więc opowiem wszystko.
Od słowa do słowa -najpierw przez trafienie do Świata Smoków, przez przecięcie płaszcza i uśmiercenie Ramonesa, Fanagard, aż do Laergardu- wyraz twarzy białowłosej przybierał coraz ciemniejsze barwy.Gdy opowieść dobiegła końca, dotychczas szare oczy przybrały kolor granitu, a w nich skrzyła się iskra niezadowolenia.Włosy spadające po ramionach białymi kaskadami wyglądały złowrogo, mięśnie na karku napięły się, a obojczyki zakrzywiły w dół.Jeszcze żadna osoba, którą Yagrit widziała w życiu, nie była tak zła i cicha jednocześnie.
-Sytuacja wygląda źle, bardzo źle.Jesteś betą, zabiłaś nasz łącznik ze światem zewnętrznym, i siedzisz w Laergardzie.Obawiam się, że mogę ci pomóc tylko w jeden sposób.
Wstała powoli, spokojnie i z opanowaniem.W jej ręku pojawił się duży kostur, przyodziany w świecące, różowe kulki.Oczy dopasowały się do kulek, a włosy zaplotły samoistnie w warkocz przypominający wodospad.Z chmury dymu, która zgromadziła się wokół szyi, spadł czarny, aksamitny płaszcz, a pod nim czarna suknia.Bez słowa skinęła głową, i wyszła z pokoju, a Yagrit za nią.
Gdy zeszły do karczmy, zapadła grobowa cisza.Słychać było tylko stukot ich butów i mięso skwierczące na ruszcie w oddali.Ludzie patrzyli się z osłupieniem na Sorunn, i jej długi, drewniany kostur.Ta podniosła wyżej głowę, i wyszła.
Dwie postacie stały już na placu głównym, a wokół nich tłum biesiadników z karczmy "Pod Jarzębiną".Wszyscy ze smutnymi minami, z wyjątkiem szatyna, który stał najbliżej, kipiąc ze złości -ale nie odważył się poruszyć.
Białowłosa dziewczyna z obojętną miną zaczęła przemowę:
-Ja, Sorunn Larehfen, rdzenna Laergardczynka, magiczka i oficer oddziału zwiadowców z rodziny alf, oficjalnie w blasku Laergardzkiego Słońca i obecności Czystego Morza, skazuję cię na śmierć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz